Tomasz czyta: “Mordobicie” Reed Tucker

„Mordobicie” Reeda Tuckera kończy się podziękowaniami, one zaś kończą się zdaniem: „dziękuję wszystkim miłośnikom superbohaterów – ludziom, którzy pasja sama w sobie jest wystarczającym tematem na książkę”. Spostrzeżenie Tuckera jest trafne i bardzo szkoda, że on sam takiej książki nie napisał. „Mordobicie” nie jest bowiem książką o pasji, ani o fanach, ani nawet o komiksach. To opowieść o rywalizacji dwóch firm, które z niewielkich wydawnictw przerodziły się w trybiki międzynarodowych megakorporacji; o praktykach biznesowych; o tabelkach zysków i strat; o przejęciach, zwolnieniach i podkupieniach. 

Czy to źle? Chyba nie. Ale czy to ciekawe? Niespecjalnie.

Mam wobec „Mordobicia” dużo więcej zastrzeżeń niż pochwał, zacznę więc od tego, że z pewnością nie jest to książka zła. Tucker posługuje się przezroczystym, wartkim językiem, typowym dla dziennikarzy i kompetentnie przetłumaczonym przez Krzysztofa Kurka. Czyta się więc „Mordobicie” bardzo płynnie, zgrzytając zębami tylko w tych naprawdę rzadkich momentach, gdy Tucker przestaje być dziennikarzem a próbuje być cool. 

Siłą tej książki są anegdoty: autor porozmawiał z mrowiem scenarzystów, redaktorów i rysowników, wydobywając z nich niesamowite historie. Niektóre z nich już wam podrzucałem – tę o Joe Orlando rzygającym na wieść, że DC Comics ma kierować kobieta, albo opowieść o supermanowym scenariuszu Mario Puzo – i jeżeli takie opowiastki to jest właśnie to, czego szukacie w podobnych publikacjach, to biegnijcie kupić „Mordobicie”.

Tuckerowi zdarza się również trafić na ciekawy temat i go nie przegapić. Dobrym tego przykładem jest chociażby opis powstawania i działania rynku sprzedaży bezpośredniej (czyli tych wszystkich „sklepów z komiksami”, których tak zazdrościmy Amerykanom) – coś co zawsze mnie interesowało, ale do tej pory znajdywałem na ten temat tylko bardzo powierzchowne informacje, nawet w publikacjach naukowych.

Jest więc „Mordobicie” fajnym, sprawnie napisanym i dobrze zreaserchowanym czytadłem o dwóch największych firmach wydających komiksy z superbohaterami.

Ale…

To co mnie najbardziej boli w „Mordobiciu” to niemal całkowite przemilczenie wojny pomiędzy czytelnikami. Starcie DC i Marvela to świetny przykład na kształtowanie się geekowskich gett tożsamościowych, które dziś są tak toksycznymi środowiskami, że wielu ludzi nie chce mieć z nimi nic wspólnego (w tym np. ja). W latach 60. konflikty pomiędzy fanami Kapitana Ameryki i Supermana mogły się wydawać zabawne, ale po 60 latach podgrzewania atmosfery doszliśmy do miejsca, w którym seksizm, rasizm i poczucie wyższości są na porządku dziennym, a przedstawiciele jednej strony czasami pałają czystą, absurdalną nienawiścią do przedstawicieli drugiej. Tylko dlatego, że czytają inne komiksy i oglądają inne filmy o superbohaterach.

Tucker pisze chociażby o tym, jak od samego początku Stan Lee świadomie podgrzewał emocje wśród swoich czytelników, by poprawić wyniki sprzedaży. Apogeum tego trendu nastąpiło na początku lat 2000, gdy do władzy w Marvelu doszli Bill Jemas (były pracownik NBA, człowiek, któremu współzawodnictwo weszło nieco zbyt mocno) i Joe Quesada. Ale nie liczcie na jakąś głębszą refleksję, sięgnięcie po badania socjologiczne czy krytyczne uwagi. Tuckerowi najzupełniej wystarcza napomknienie o tych konfliktach w ramach ciekawostek, wbijając je pomiędzy efektywne cytaty, wyniki sprzedaży i nazwiska kolejnych prezesów. Bo opis działania biznesu komiksowego jest dla Tuckera dużo ważniejszy od sportretowania tożsamości miłośnika komiksów. I chociaż jest to po prostu decyzja autora co do tego, jak ma wyglądać jego książka, to moim zdaniem nie da się wyczerpująco przedstawić tego biznesu, nie interesując się tym, kim są, jacy są i dlaczego tacy są jego klienci.

Być może takie podejście wynika z faktu, że Tuckera w ogóle nie za bardzo interesują komiksy. O ile w „Niezwykłej historii Marvel Comics” czuć było komiksową pasję Seana Howe’a i można się było z tej książki sporo dowiedzieć o samych seriach i bohaterach, o tyle Reed Tucker pisze o komiksach tak, jakby to były takie same produkty, jak opony samochodowe – interesujące o tyle, że w jakiś przedziwny sposób rozrosły się do rozmiarów olbrzymiego, wartego wiele miliardów dolarów rynku, jaki mamy dzisiaj. Zresztą, Tuckerowi właśnie na tym zależy najbardziej. Na dotarciu do dnia dzisiejszego i popodniecaniu się tym wielomiliardowym biznesem.

Jeżeli „Mordobicie” zajmuje się w ogóle historiami opowiadanymi w komiksach, to robi to bardzo powierzchownie. Wielkie eventy streszczane są w dwóch zdaniach, wiele najważniejszych komiksów pomijanych (bardzo mało miejsca poświęcono chociażby „Strażnikom” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa), kontekst komiksów niezależnych, niesuperbohaterskich niemal w ogóle nie istnieje.

Podobnie rzecz ma się z twórcami. Owszem, Tucker dotarł do bardzo wielu rozmówców, ale żadnego z nich nie portretuje wyczerpująco. Stan Lee, Jack Kirby, Alan Moore, Chris Claremont, Grant Morrison, Todd McFarlane, Joe Orlando… – wszystkie te nazwiska przewijają się przez „Mordobicie”, ale w zasadzie nic się o nich nie dowiecie. O fatalnych warunkach pracy Kirby’ego jest chyba jeden akapit. O konflikcie Moore’a z DC nie ma żadnej wzmianki. Todd McFarlane jest ważny tylko dlatego, że sprzedawał mnóstwo komiksów. Jakie spojrzenie na superbohaterów miał Claremont? W „Mordobiciu” nie ma o tym słowa, jest za to kilka uwag na temat wysokości jego zarobków. Tucker przyjmuje czysto biznesową perspektywę. Powtarzając kilka razy, jak ważna jest jakość historii, sam prawie całkowicie ją ignoruje. Pisze o firmach nie przejmując się tym, co te firmy produkowały. 

Innym problemem są arbitralne oceny wielu komiksów i filmów komiksowych. Choć książka pisana jest zazwyczaj z perspektywy DC (i to jest akurat jej siła, bo książkę z perspektywy Marvela już mamy na rynku) to Tucker bardzo wyraźnie faworyzuje Marvela. W kółko powtarzane są autorskie sądy, że komiksy Marvela były i są lepsze, odważniejsze i ciekawsze. Bywa to po prostu irytujące, ale bywa i szkodliwe dla książki. Jak np. wtedy, gdy bagatelizowany jest przewrót lat 80., gdy w DC do głosu doszli młodzi radykałowie i odmienili oblicze komiksu superbohaterskiego.

Bardzo wyraźnie widać to też pod koniec książki, gdy Tucker skupia się na filmach. Ja wiem, że produkcje DC są powszechnie uważane za gorsze niż MCU, ale jednak od dziennikarza piszącego o nich spodziewałbym się jakiejś próby analizy olbrzymiego sukcesu, jaki, mimo wszystko, odniosły „Batman v Superman” czy „Suicide Squad”. Chociażby cytowania recenzji czy samodzielnego poszukania głębszych sensów i znaczeń. Tymczasem autor „Mordobicia” ogranicza się do nieco hejterskich uwag na temat jakości scenariusza, ignorując zupełnie fakt, że jednak zdobyły one wielomilionową publiczność.

Podsumowując: „Mordobicie” to dobra książka, dla ludzi, którzy mają już jakaś wiedzę o historii obu wydawnictw. Oni ucieszą się z ciekawostek, a rzeczy, które Tucker olał, sami sobie dopiszą. Jeżeli jednak o historii największych wydawnictw komiksowych nic nie wiecie, to przeczytajcie „Niezwykłą historię Marvel Comics” Seana Howe’a. Książkę być może węższą, ale bardziej wyczerpującą i uczciwszą.

Tomek Pstrągowski

 

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • Sigvatr

    Odnoszę wrażanie, że po prostu nie spodobała ci się perspektywa autora na ten cały “konflikt”.

    ” ignorując zupełnie fakt, że jednak zdobyły one wielomilionową publiczność.”

    A to nie jest bardziej zasługa marketingu?

  • Mr Paw

    Nie chciałbym tutaj polemizować o skali sukcesu, bo można to odczuwać dość subiektywnie. Filmy DC były lepsze i gorsze. Zarobiły sporo kasy. O ile Wonder Woman to był sukces finansowy i artystyczny (jakieś $250M zysku), to BvS i Suicide Squad już nie tak wielki – odpowiednio jakieś $100M i $150M zysku i liczne zarzuty dotyczące fabuły i dialogów. Jeśli dodać do tego klęskę Justice League – $60M straty i powszechne rozczarowanie filmem, to w kontekście Marvela wypada to tak sobie. Dark Knight był świetny, Wonder Woman też. Jest kilka innych niezłych filmów z DC. Tymczasem Marvel wypuszcza trzy filmy rocznie, z czego zazwyczaj jeden jest świetny. I nurkują w swoim sejfie ze złotem rodem z Duck Tales. Nikt nie pisze o sukcesie filmów z DC, raczej o tych przebłyskach, wszyscy piszą natomiast o sukcesie Marvela. Bo to chyba jest prawdziwy sukces, prawda? Pozostawiając na boku to, czy podobają nam się te filmy, czy nie. Tomek, spójrz szeroko na oba projekty – DCEU i MCU. DC to sukces czy chwalebna porażka? Marvel to sukces czy sukces na miarę Gwiezdnych Wojen? 😉 Odpowiedz sobie sam.