Tomasz czyta: “Wounded. Skradzione lata”

Jest wśród czytelników komiksu w Polsce ogromna potrzeba “polskiego komiksu środka” (dalej: PKŚ) czy „komiksu gatunkowego” (nadal: PKŚ, żeby nie gmatwać ze akronimami), który miałby do historyjek obrazkowych przekonać milionowe rzesze czytelników i uczynić z naszego kraju co najmniej Stany Zjednoczone Nad Wisłą czy Nadbałtycką Japonię. Oczywiście, owy mityczny „komiks środka” to nie mogą być żadne tam komiksy Marcina Podolca czy Mateusza Skutnika (przecież świetnie nadające się dla czytelników nie siedzących głęboko w medium i w żaden sposób nie przypominające undergroundowych eksperymentów), ale pełnoprawne zeszytówki z superbohaterami najlepiej, nasze własne Asteriksy i inne Hermanny.

Osobiście nic nie mam przeciwko komiksom gatunkowym, ale nie uważam też, by polski komiks jakoś bardzo odczuwał ich brak. Dobrze mi z tym, co dostarczają rodzimi komiksiarze – ambitne, lotne artystycznie albumy, które stawiają przed czytelnikiem jakieś wyzwania i nie można ich czytać na autopilocie.

W każdym razie jest dobra wiadomość, dla tych, którzy czekają na PKŚ. Oto Egmont wydał bowiem album „Wounded. Skradzione lata” Mikołaja Spionka, który już z okładki wygląda tak, jakby miał zostać wydany we Francji czy Belgii. W środku zresztą też, bo „Wounded” to 50 sprawnie narysowanych stron westernu, w którym kowboje do siebie strzelają i mówią rzeczy twarde – zgodnie z tradycjami kowbojskiego gatunku.

Trzeba przyznać, że Spionek ma nie lada talent i w rysunku realistycznym czuje się bardzo mocno. Postaci są czytelnie narysowane, w trakcie strzelanin czytelnik nie gubi wątku, a Dziki Zachód wygląda tak, jak powinien wyglądać Dziki Zachód – brązowo, piaszczyscie i nudno. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić to do teł, które sobie Spionek na niektórych kadrach po prostu odpuścił (spójrzcie na obrazek na dole, na dwa mniejsze kadry w prawym rogu).

Ale nawet najlepiej, najrealistyczniej i najczytelniej narysowany komiks może wpaść w sidła opowieści gatunkowej. To jest – wtórności i przewidywalności. I w te właśnie sidła wpada „Wounded”. Spionek niby radzi sobie z westernowymi rekwizytami, ale nie udaje mu się tchnąć w nie życia. Mamy więc jeźdźca znikąd, wymierzającego sprawiedliwość za wielką krzywdę sprzed lat, ale nie zdradza on żadnych oznak charakteru, więc jego krucjata przedstawia czytelnika obojętnym. Mamy też jakiś szeryfów, jakieś kurtyzany, jakieś saloony i mnóstwo giwer… wszystko jest na swoim miejscu, ale wplątane w opowieść pozbawioną wyrazistości. Przykład? Pod koniec albumu widzimy strzelaninę pomiędzy głównym bohaterem a szeryfem i jego zastępcami. Rzecz zmienia się w krwawą jatkę, a jako, że mamy do czynienia z nieskorumpowanymi stróżami prawa, wydaje się, że nasz bohater bardzo wyraźnie przekracza granicę. Czy mnie to obchodziło? Nie. Bo ani nie czułem się związany z rewolwerowcem, ani nic nie wiedziałem o jego ofiarach.

Ot, pif-paf bez emocji i tyle.

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • Sigvatr

    Cholera cię Tomek: jak skończyła się ta rozmowa z kurtyzaną, którą tu zamieściłeś?!