Tomek czyta Wiedźmina

 

wiedzmin000

Więc, zainspirowany 162 godzinami w „Wiedźminie 3”, postanowiłem wrócić do prozy Sapkowskiego – sprawdzić, jak po tych 20 latach bronią się książki, które, było nie było, stworzyły nastoletniego Tomka w równym stopniu co DragonLance, Plaescape, pisanie emo-opowiadań, wina za 2,99 zł, glany noszone w środku lata i masturbacja przez łzy. Na pierwszy ogień poszły opowiadania, bo, jak mawiał Michał Piwowarczyk (taki mój ziom, nie kojarzycie): „Sapek najlepiej sprawdzał się w opowiadaniach”.

001

wiedzmin001

„Mniejsze zło” zapamiętałem jako najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Bo przecież i parodia „Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludków” i „rzeźnik z Blaviken” i, och, jakie poważne problemy etyczne, czy istnieje mniejsze zło i większe zło, czy nie, kto to wie, na pewno nie 15-letni ja. Dzisiaj rzecz wypada słabo. Zaczyna się bardzo spoko. Rozmowa z czarodziejem zaskakująco dobrze napisana, prawie już zapomniałem, że Sapek zgrabnie radzi sobie z dialogami. Pomysł, by zamykanie księżniczek w wieżach wykorzystać do celów politycznych – błyskotliwy. Ale od wyjścia Geralta z wieży wszystko się sypie. Najbardziej rozczarowała mnie oczywiście rozmowa z Dzieżbą/Renfri – całe to gadanie o Większym Złu i Mniejszym Złu (od wielkich liter, bo przecież to Ważne Sprawy) wypada sztucznie i pretensjonalnie. Dorośli ludzie tak nie rozmawiają, pokazał to George R.R. Martin w „Grze o tron”. Dorośli ludzie mówią normalnie, bez tego nastoletniego zadęcia. Załamanie Renfri („Zimno mi Geralt”) to już scena zupełnie bezsensowna, rozwalająca postać, nawet trochę seksistowska, potrzeba tylko po to, by za chwilę wcisnąć dziewczynę Geraltowi do łóżka – bo przecież to takie oczywiste, że każda kobieta pakuje się wiedźminowi do łóżka, nawet jeżeli następnego dnia oboje chcą się pozabijać.

Gdy już przychodzi do samego zabijania Sapek wraca do formy. Choć przez całą rzeź zastanawiałem się, dlaczego zbóje nie rzucą się na wiedźmina na raz, tylko, niczym oddani fani Assassin’s Creed, podchodzą pojedynczo, dają się zasiekać i ustępują miejsca następnemu. Nie pamiętałem już, że do rzezi w zasadzie mogło nie dojść – wystarczyło, by Geralt poczekał 5 minut, zamiast od razu rzucać się z mieczem. Niemniej wciąż nie bardzo rozumiem, dlaczego Renfri czuła się tak związana z bandą bezmózgich najemników, że musiała, po prostu musiała, się dla nich zabić.

A już zupełnie absurdalna jest reakcja mieszkańców miasteczka. Owszem, może zabijanie w wykonaniu wiedźmina to nie jest jakiś piękny spektakl, ale przecież a) uratował ich czarodzieja (a z opowiadań dowiadujemy się, że taki czarodziej w wiosce, to jest poważna sprawa, za którą warto grozić wiedźminowi śmiercią – por. Okruch lodu); b) zasiekł jednak nie bandę niewinnych dziewic z drugiej c, ale agresywnych morderców, którzy cały poprzedni wieczór pili i awanturowali się w karczmie; c) skoro sprawa rozgrywała się na oczach tłumu, to ktoś powinien był dostrzec, że to jednak oni zaczęli, strzelając w Geralta

Ogólnie, jak na takiego klasyka, „najlepsze opowiadanie” i w ogóle arcydzieło polskiej fantastyki w oczach Tomka nastoletniego – szału nie ma. Takie tam 5/10, akurat do Nowej Fantastyki, cobym przekartkował, przeczytał akapit czy dwa, odłożył na później, ale nigdy nie przeczytał, bo przecież źle się czyta fikcję na kiblu.

002

Rozczarowany „Mniejszym złem” pognałem do „Miecza przeznaczenia”, bo przecież to już prawie początek sagi – sugerowane są wątki, pojawiają się postaci, ogólnie we wspomnieniach mych jakoś tak mi się drugi tom opowiadań jawił, jako wstęp do wielkiego nilfgaardzkiego pierdolnięcia.

Tymczasem „Granice możliwości” nie mają jeszcze wiele wspólnego z tym, co się później będzie działo. Ot, taka tam historyjka o złotym smoku, co nie za bardzo ma sens. Sapkowski nie miał chyba jeszcze pomysłu na postacie, bo np. z Yennefer zrobił po prostu głupią jędzę, gotową zabić rzadkie, myślące stworzenie, by naprawić sobie macicę. Upartą do tego stopnia, że nie jest gotowa wybaczyć Geraltowi nawet wisząc nad przepaścią, uczepiona jego paska. A Yarpen Zigrin – stający się później postacią dość sympatyczną i heroiczną – tutaj jest zwykłym skurwysynem. I to takim śliskim, co to sugeruje gwałty i morderstwa, a jak przychodzi do bitki ze smokiem, to po prostu ucieka.

wiedzmin002
Sam Geralt jak zwykle miota się pomiędzy zaangażowaniem, a obojętnością. Powieka mu nawet nie mruga, gdy egzotyczna zabójczyni odcina głowę nieco zbyt porywczemu (ale przecież dla takich kozaków – niegroźnemu) wieśniakowi. Ale gdy przychodzi do rozmów o smoku, to nagle wielki z niego pacyfista – ba, koniec końców nawet aktywnie występuje w jego obronie, rzucając się na, było nie było, kolegów po fachu.

Najfajniejszym momentem opowiadania jest scena na łące przy posterunku. Jaskier jest w niej Jaskrem i zabawnie opowiada o szewczyku Dratewce, Geraltowi przez kilka stron udaje się nie strzelić emo, a gwiazdą drugiego planu zostaje dziesiętnik na oczach czytelnika awansujący na setnika i „wielmożnego pana”. Równie udanie wychodzi pojedynek pomiędzy rycerzem (którego wszyscy zapamiętaliśmy jako Stępnia z 13. posterunku a smokiem. Ale nie ze względu na samą walkę, ale z powodu Yarpena, walącego naprawdę dowcipny monolog. Nawet chichnąłem i na głos przeczytałem lubej mej. Nieźle wypada też młodziutki król, który mówi mało, więc nie gada głupot. A gdy w końcu mówi, to mądrze. Najgorszym momentem jest niestety to nieszczęsne wiszenie na skale – nie tylko dlatego, że to punkt kulminacyjny słabego wątku miłosnego, ale i dlatego, że to zapowiedź, że ten słaby wątek miłosny będzie się w przyszłości rozwijał i komplikował.

Nie byłoby to opowiadanie o Geralcie z Jebaklandii, gdyby nie było w nim beztroskiego bara-bara ku uciesze gawiedzi. I, oczywiście, jest. Z egzotycznymi wojowniczkami chroniącymi Borcha Trzy Kawki, co to oczywiście och, jakie są ciekawe czy wiedźminowi staje i czy dobrze se w alkowie radzi (tak, radzi sobie doskonale, o czym informuje nas Borch – co jest nieco dwuznaczne).

To jest niestety także ten moment, gdy zaczyna mnie mocno uwierać zamiłowanie Sapkowskiego do cytowania tytułu w opowiadaniu. O ile jeszcze w „Mniejszym złu” miało to sens, to tutaj bohaterowie szastają tą „granicą możliwości” na lewo i prawo, wbrew logice i stylistyce. Nieco się lękam, bo wiem, że najgorzej będzie w „Czasie pogardy” – no ale na razie mój plan przewiduje tylko opowiadania, więc może do tych wszystkich „czasów pogardy, zniszczenia, pogardy, samotności, pogardy i ognia” nie dotrę.

003

My tu sobie żartujemy, o opowiadaniach jakiś rozmawiamy, Sapkowskiego i liceum wspominamy, a tymczasem, zupełnie niespodziewanie, w „Mieczu przeznaczenia” ukryła się perełka cudownie szpetna, chyba już mocno zapomniana, bo nie piętnowana, Sapkowskiegmu nie wypominana. Mowa oczywiście o „Okruchu lodu”, najprawdopodobniej najgorszym kawałku prozy, jaki czytałem w 2015 roku. A nie dość, że dopiero lipiec, to czytałem niedawno fatalne „Pół króla”, więc wiem, co to słabe fantasy, dzifko.
wiedzmin003

Pastwić się nad „Okruchem lodu” naprawdę trudno, bo to trochę tak, jakby pastwić się nad moim pierwszym opowiadaniem. Pisałem w nim o chmurnych ludziach, stojących na wietrznych klifach. Przedstawiałem wielkie, dramatyczne wyznania miłosne. I na 12 oszukanych stronach standardowego maszynopisu z lokalnej sesji RPG dochodziłem do ratowania świata, romantycznych nadczłowieków i Potęgi Wyobraźni (pisanych od wielkich liter, bo to Ważne Sprawy). „Okruch lodu” wprawdzie nie ma takiej skali, ale językowo i koncepcyjnie jest „Wybrańcowi” (sic!) naprawdę bliski i trudno mi nie poczuć jakiejś komitywy z Sapkiem i nie docenić, iż z mdławego, źle napisanego romansidła na trzy głosy próbuje wycisnąć pełnoprawny, idiotyczny traktat o życiu, śmierci i w ogóle wszystkim.

Możecie mi nie uwierzyć, więc odwołam się do cytatu (bredzi, oczywiście Yennefer): „Emocje, kaprysy i kłamstwa, fascynacja i gra. Uczucia i ich brak… Dary, których nie wolno przyjąć… Kłamstwo i prawda. Czym jest prawda? Zaprzeczeniem kłamstwa? Czy stwierdzeniem faktu? A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda? Kto jest pełen uczuć, które nim targają, a kto pustą skorupą zimnego czerepu? Kto? Co jest prawdą, Geralt? Czym jest prawda?”

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale czuję tę emocjonalność. Sam w niej tkwiłem przecież przez kilka dekad (dwie to kilka, prawda?). I nawet te fafnaście lat później, czytając te słowa, czuję jak coś tam we mnie drga. Jakieś niezałatwione licealne traumy słysząc to zaklęcie, próbują się wyrwać i ruszyć radośnie w tan. Ale później przypominam sobie, że jednak jestem kurwa myślącym stworzeniem, że mam jednak jakąś godność i załamuje się we mnie wszystko na raz. Bo wraz z przekonaniem o wyjątkowym talencie Sapkowskiego, umierają przecież wszystkie moje egzaltowane porno marzenia, o lepszym, głębszym Tomku, co od maleńkości czytał bardzo mądre rzeczy, więc kiedyś zrozumie teorie wszechrzeczy, a już na pewno Prawdy i Kłamstwa, bo „czym jest prawda, Geralt?” (swoją drogą na to pytanie odpowiada nie Geralt, ale wyczarowana pustułka; otóż prawda jest, wystawcie to sobie, „okruchem lodu” – bo jakże by mogło być inaczej, przecież ten tytuł naprawdę ciężko wcisnąć w opowiadanie o rębaczu potworów).

Z ciekawszych epizodów:

1) Geralt być może chędoży wszystkie obce laski, ale jak się zakocha, to miewa problemy z hydrauliką (można mu to wybaczyć: jest po zleceniu, na eliksirach, swoje lata ma, a poza tym, komu w głowie chędożenie, gdy w powietrzu wisi, czym jest prawda, Geralt?). Pomaga mu wtedy magia Yennefer, która przecież zawsze dostaje to, czego chce.

2) Najciekawszą nauką tego opowiadania jest ta o wiecznym, męskim szczenięctwie. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że Geralt ma jakieś 90 lat. Nie starzeje się, bo próba traw. Istredd, jego rywal w walce o serce Yennefer (o którym Sapkowski chyba później zupełnie zapomniał, bo nie kojarzę go z sagi), ma lat kilkaset – jak to czarodzieje. Tymczasem obaj zachowują się, jak młode koguciki, walczące o najładniejszą kurkę w stadzie. Najpierw przechwalają się przed sobą, kto kiedy Yennefer posiadł, a jak to nie przynosi rozwiązania, to postanawiają się pozabijać.

Z epizodów żałosnych:

1) Cykada to jest tak zmarnowana postać, że nie wiem po co w ogóle w tym opowiadania występuje. Chyba tylko po to, by Geralt mógł komuś bezkarnie wpierdol spuścić.

2) Czym jest prawda, Geralt?

004

Rozczarowany „Okruchem lodu” miałem pisać o „Wiecznym ogniu” – że fajny, ale… Ale z rozpędu przeczytałem „Wiedźmina” i zorientowałem się, że Sapkowski żadnej taryfy ulgowej nie potrzebuje. Bo, jak mu się chce, to naprawdę dobry z niego pisarz. Dlatego, choć dzisiaj napiszę o „Wiedźminie”, gotujcie się już na średnio pochlebną notkę o „Wiecznym ogniu”, wcale nie takim fajnym, jakby się wydawało (i jak go zapewne zapamiętaliście).

„Wiedźmin” to po prostu kawał dobrego opowiadania fantasy i wcale mnie nie dziwi, że Sapkowski otworzył sobie tym tekstem wrota do wielkiej literackiej kariery. Nawet czytany trzeci czy czwarty raz (jestem tak stary, że nie jestem pewien, ile razy je wchłonąłem), wciąż bawi i zaskakuje. I oczarowuje świeżością (włażenie do sarkofagu, żeby nie dostała się do niego strzyga? ekstra pomysł!).

wiedzmin004Najlepiej oczywiście wychodzi główna postać. Geralt nie jest jeszcze emo-nastolatkiem filozofującym o Mniejszych Złach, granicach możliwości i okruchach lodu, ale zakapiorem i profesjonalistą, który morduje trzech ludzi tylko po to, by się popisać, a próbującego obalić króla cwaniaka poświęca w charakterze żywej przynęty. I, inaczej niż w „Granicach możliwości”, nie kłóci się to z wygłaszanym później monologiem o ratowaniu zagrożonych gatunków smoków – bo po prostu go nie ma.

Geralt jest też wiedźminem – co może się wydawać oczywiste, ale po dwóch tomach opowiadań, pięciu tomach sagi i trzech grach wcale takie nie jest. Bo przecież z czasem Geralt wyewoluuje w mutanta, odszczepieńca, domorosłego czarownika, bawidamka, żigolaka, polityka, najemnika i wiejskiego superbohatera, ratującego maluczkich przed wszelkim zagrożeniem. No więc tutaj jeszcze do tego nie dochodzi. Wiedźmin jest wiedźminem i zajmuje się przede wszystkim wiedźminieniem. A nawet kiedy wiedźminieniem się nie zajmuje, tylko, na przykład, morduje ludzi w knajpie, to po to, by się zareklamować jako lepszy wiedźmin. Warto też zauważyć, że tematem opowiadania jest potwór, którego trzeba ubić lub odczarować i tego się Sapkowski trzyma. We wstępie dowiadujemy się, co to za potwór, w rozwinięciu obserwujemy walkę z maszkarą, a w zakończeniu widzimy ją odczarowaną (a wiedźmina ubitego). Proste.

Podoba mi się też, jak Sapkowski tworzy postaci drugoplanowe. Foltesta buduje w zasadzie jednym zdaniem, gdy w przypływie szczerości król zadaje smutne pytanie, czy kazirodczy charakter jego związku mógł mieć wpływ na klątwę wiszącą nad córką. A Velerada tworzy z monologów na temat strzygi – udaje się w tej scenie jednocześnie zbudować postać i opowiedzieć historię królewny i okolic.

Jest też „Wiedźmin”, jak na Sapkowskiego, zaskakująco zwarty. Niewiele tu brnięcia w dygresje, bardzo mało popisywania się formą, a i nawiązania do słowiańskich baśni podsunięte są jakby subtelniej – z wiarą, że czytelnik sam je wyłapie i nie trzeba mu ich wciskać przez gardło. Jak, na ten przykład, okruchów lodu.

Na marginesie:

Geralt z Jebakolandii nie zalicza w tym odcinku, więc w wydaniu książkowym Sapkowski dopisał scenę seksu otwierającą cały tom, a będącą wprowadzeniem do poszatkowanego „Głosu rozsądku”. Pada w niej zgrabne „Zdecydowanymi ruchami bioder domagała się odpowiedzi. Odpowiedział” – co jest chyba najfajniejszych opisem wzwodu, jaki czytałem

005

„Wieczny ogień” to jest idealne fantasty środka – czyli totalnie dla nikogo. Nic ciekawego nie znajdą tutaj fani wiedźminującego Geralta, bowiem Geralt w „Mieczu przeznaczenia” jeszcze nie wiedźminował i najwyraźniej nie zamierza (w sumie mu się nie dziwię, bo to niebezpieczny zawód; dziwię się za to Sapkowksiemu, bo z tego co czytam wychodzi, że wiedźminujący wiedźmin to najciekawszy wiedźmin). Nic nie znajdą tutaj także miłośnicy sercowych rozterek Geralta – farbowany Riv, rozstawszy się z Yenn, tymczasowo zawiesza swoje emo i przemienia się w rozsądnego człowieka. Niewiele znajdą tu też fani fantasty w ogóle – zarówno mrocznego i wysokiego, jak i politycznego, genderowego, jasnego, trashowego, współczesnego, miejskiego czy szalonego – bo Sapkowski, który, nim zaczął pisać fantasy, zajmował się handlem zagranicznym, postanowił na kilkadziesiąt stron wrócić do źródeł i spłodzić opowiadanie z gatunku heroicznego fantasy ekonomicznego. Który to gatunek jest równie nudny, jak ta nazwa, co ją właśnie wymyśliłem.

wiedzmin005Głównymi bohaterami „Wiecznego ognia” są doppler Dudu i niziołkowy kupiec, Dainty Biberveldt, którego Dudu podrabia. A głównym tematem – ich interesy. I mówiąc, o interesach, nie mam na myśli ich interesów (hehe), ale prawdziwe interesy, bowiem zdecydowana większość opowiadania poświęcona jest quasi-ekonomicznym wywodom na temat podatków, cen, rynków i spekulacji. Pamiętam, że czytając to kiedyś zachwycałem się dojrzałością wiedźminowego fantasy. Że nawet w takim fantastycznym świecie działa przecież ekonomia i to jest takie realistyczne i przełomowe. I choć nadal mi się takie podejście podoba – najciekawszym odkryciem „Pół króla” jest to, iż w całym spisku chodzi o kontrolę nad handlem, zaś geniusz „Blizny” China Mieville’a wychodzi, gdy okazuje się, że Nowe Crobuzon ściga Armadę, bo plany ekspansji ekonomicznej – to z „Wiecznym ogniem” mam podobny problem jak z Moistem von Lipwigem ze Świata Dysku Terry’ego Pratchetta. Otóż cały ten zachwyt nad wolnymi rynkami, płynnymi aktywami i spekulacjami wydaje mi się strasznie naiwny. Ja rozumiem, że prawa współczesnej ekonomii mogą wyglądać szalenie atrakcyjnie – niczym magia z regułami – ale koniec końców kryją się za nimi przekręty i oszustwa (co zresztą dosyć wyraźnie widać w „Wiecznym ogniu”, bo skąd niby Dudu miał info o przewrotach, embargach i innych tego typu sprawach?) – czyli magiczne sztuczki bez żadnych zasad.

„Wieczny ogień” przypomina mi twórczość Pratchetta jeszcze w jednym punkcie. Otóż, gdy wychodzi na jaw, że Chappelle, szef novigradzkiej inkwizycji, również jest dopplerem, do głowy wskoczył mi przestrzelony „Potworny regiment”, w którym z kolei okazywało się, że nie tylko główna bohaterka jest kobietą przebraną za faceta, ale i całą armię zaludniają podobne jej heroiny. No więc takie wcielanie się w cudzą skórę wydaje mi się ciekawym pomysłem fabularnym wtedy, gdy jest jednostkowe. Gdy nagle okazuje się, że wciela się każdy w okolicy to z wyjątkowej sprawy robi się normalka. I wkracza nuda.

Co do Geralta i Jaskra, to są oni w „Wiecznym ogniu” postaciami drugoplanowymi, potrzebnymi tylko o tyle, by robić jakieś tło dla niziołka i dopplera. Jaskier przydaje się jeszcze, bo dzięki niemu na scenę wkracza Vespula, która, niczym ta strzelba Czechowa, wypala w ostatnim akcie i prowokuje finał. Geralt nie przydaje się do niczego – nawet jego mroczny monolog, o tym, że doppler-wiedźmin przegra z prawdziwym wiedźminem, bo nie potrafi skopiować skurwysyństa i parszywości, brzmi raczej śmiesznie niż strasznie. Zwłaszcza, że chwilę później ten skurwysyn i parszywiec bezinteresownie ratuje dopplerowi dupę.

„Wieczny ogień” kończy się tak, jak powinien – czyli radosną wyprawą do burdelu. Bo taki już jest ten nasz wiedźmin, psotnik i jebaka.

006

„Kwestia ceny” jest o tyle zabawna, że to opowiadanie zupełnie niepozorne, niespecjalnie efekciarskie, prawie nie wkurwiające, średniawo napisane. Takie szare, małe, coś, na co nigdy nie zwróciłbym uwagi, gdybym nie wiedział, że wyrośnie z niego… no właśnie, wszystko.

Bo przecież jest to opowiadanie najważniejsze – to z niego wyrasta później Ciri i Emhyr var Emrei Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów. A co za tym idzie, to właśnie z „Kwestii ceny ” wyrasta cała saga i przynajmniej dwie gry (w jedynkę nie grałem, więc nie wiem). Ba, to w „Kwestii ceny” poznajemy Cracha an Craite i Myszowora, którzy robią przecież całe Skellige w najnowszej grze. Nawet scena z kąpiącym się Geraltem, umieszczona w „Dzikim Gonie”, jest cytatem z tego niepozornego kawałka prozy.

No więc, jak na swoją wagę, „Kwestia ceny” pozostaje zaskakująco letnia. Ani mnie nie poruszyła, ani nie zirytowała, ani nie uwiodła, ani nie zgwałciła. Wiedźmin nie odwala emo, ale też niespecjalnie zachowuje się jak wiedźmin. Nikt nie idzie na dziwki, nie wkurwia mnie Yenn, nie rozśmiesza Yarpen, nie uwodzi Jaskier. Typowo wiedźmińskiego filozofowania (choć nie mającego z widźminowaniem nic wspólnego) jest co nieco, przez co całe opowiadanie jest straaaaaasznie przegadane (a dialogi Sapkowskiego wcale nie są takie błyskotliwe, jak zapamiętałem), ale też nie jest to jeszcze poziom „Okruchu lodu” – ot, dwie postacie siedzą sobie na uczcie i gadają, gadają, gadają, nie mogąc nic powiedzieć wprost, bo przecież to by było za proste, kto to słyszał, traktować czytelnika jak dorosłą istotę ludzką, która nie ma czasu na głupoty. Cała rozgrywka pomiędzy Jeżem, Calanthe, Geraltem i gośćmi na uczcie wypada intrygująco, lecz jej rozwiązanie rozczarowuje.

wiedzmin006

W ogóle, gdybym miał się czegoś w „Kwestii ceny” na siłę przyczepić, to właśnie tego rozwiązania. Po uspokojeniu Pavetty nagle z całej misternie budowanej dramy (miłosnej i politycznej) schodzi powietrze. A wszyscy, którzy jeszcze chwilę wcześniej chcieli się pozabijać, lądują w jednej komnacie, wybaczają sobie nawzajem, padają w ramiona i dowcipkują. Jakby te cztery postronne trupy, które padły przed chwilą nie miały znaczenia (w sumie nie mają, bo to anonimowi gwardziści byli, więc czego się spodziewacie? empatii?); jakby królowa nie chciała złamać przysięgi; jakby jej poddani nie rzucili jej w twarz bardzo poważnych zarzutów.

Gdyby nie to idiotyczne, beztroskie zakończenie – w którym nawet wiedźmin kradnący dziecko jest postacią komiczną – być może „Kwestia ceny” nawet przypadłaby mi do gustu. Przekonała do siebie przejrzystą konstrukcją i sprawnym nawiązaniem do baśń i legend – tak jak urzekło mnie „Ziarno prawdy”. Ale, jako, że to zakończenie tam jest, to jest mi „Kwestia ceny” zupełnie obojętna.

007

„Trochę poświęcenia” idealnie obrazuje na czym polega mój problem z twórczością Sapkowskiego. To opowiadanie tak nierówne, że jak myślę sobie, jakie mogłoby być dobre, ale nie jest, bo jest złe, to aż robi mi się smutno. No bo z jednej strony wspaniałe pomysły, a z drugiej wszystkie wpadki i głupotki charakterystyczne dla Sapkowskiego – zebrane na kilkudziesięciu stronach, wpędzające mnie w krytyczno-emocjonalny roller-coster, po którym mam ochotę rzucić tą książką i zabrać się za coś lepszego.

Zaczyna się rewelacyjnie. Od prześmiesznej scenki z syrenką, która nie ma gdzie złożyć ikry swojemu ludzkiemu ukochanemu. Ale to tylko zabawne nawiązanie akcji, bo, inaczej niż w świetnym „Ziarnie prawdy”, tutaj baśń o małej Arielce odgrywa rolę czysto anegdotyczną. Po co napisać prostą, zwartą historię, skoro można ją rozjebać wielką miłością, grafomańskimi monologami i wojnami pomiędzy rasami.

Nim jednak dojdę do tego, powiem, co jeszcze podoba mi się w „Trochę poświęcenia”. Otóż, jest to chyba jedyne opowiadanie, którego głównym bohaterem jest Jaskier. I to Jaskier nie spierdolony, Jaskier zabawny i sympatyczny, Jaskier-poeta, robiący w życiu coś więcej niż podrywanie dziewcząt. Jaskier dojrzały – choć na tle Geralta i Oczka to akurat nietrudne. Jaskier, którego lubię, cenię i szanuję, i którego bardzo brakowało mi w grach – bo, o ile ludziom z CD Projekt RED udało się świetnie uchwycić chociażby o co chodzi w Yennefer, to nie mają pojęcia, o co chodzi w Jaskrze, który, miast być wiedźmina przyjacielem, jest tylko drętwym dystrybutorem questów. Sapkowski chyba sam zresztą wyczuł, że mu się w tym opowiadaniu Jaskier udał, bo zamyka je zadziwiająco lirycznym post scriptum – takim totalnie w Jaskra stylu.

Skoro te uprzejmości mamy już za sobą, przyjrzyjmy się, co nie zagrało?

No więc przede wszystkim Geralt, znowu. Dorosły facet, bezuczuciowy zabójca, który rzuca się niczym 13-latek i wciąż analizuje samego siebie. I na tym etapie mojej z nim znajomości, nie mam już mu tego nawet za złe. Ok, pojąłem, taki jest Geralt. Taki z niego śmieszny typ, co to powinien mordować potwory, ale nie ma na to czasu, bo nocami pisze pamiętniczek o złamanym serduszku, a za dnia udaje mrocznego, tajemniczego i nieszczęśliwego, bo zdaje mu się, że Julka z 4c na takich właśnie leci.

NIECH MU BĘDZIE.

Ale skoro tak jest, to czemu Sapkowski nie pokaże nam tego w zachowaniu Geralta, tylko wciąż każe ględzić o tym bohaterom. I to absolutnie, kurwa, wszystkim – bo o uczuciowości wiedźmina wypowiadają się już nie tylko Yenn czy Jaskier, mający do tego jeszcze jakieś prawo, ale nawet Oczko – dziewczyna poznana dnia poprzedniego – która, tak go na wskroś przejrzała, że wygłasza na plaży następujący monolog: „Jesteś wrażliwy. W głębi duszy pełnej niepokoju. Nie zwiedzie mnie twoja kamienna twarz i zimny głos. Jesteś wrażliwy, właśnie twoja wrażliwość każe ci się teraz bać, że to, przeciwko czemu masz wystąpić z mieczem w ręku, może mieć swoje racje, może mieć nad tobą moralną przewagę”.

Oczko dostarcza zresztą nie tylko w tej scenie. Jest jeszcze przeraźliwie kiczowate wyznanie miłości, dzięki której zrozumiałem zasygnalizowany mi przez kolegę Karola problem z „Wiedźminem 3” – ta gra nie jest przegadana, to cały Sapkowski jest przegadany tak, jak przegadane potrafią być tylko licealne rozmowy o miłości prowadzone o 4 nad ranem, przy zbyt ciepłej wódce i zbyt tanich petach. A do tego unurzany w telenowelowych mydlinach, w których totalnie serio bohaterka może wygłosić takie oto wyznanie (uwaga, bo będzie długo):

„Kiedy się dowiedziałam, gdy usłyszałam, że Jaskier przywlókł cię, pokrwawionego, wybiegłam z domu jak szalona, gnałam na oślep, na nic nie zwracając uwagi. I wtedy… Wiesz, o czym wtedy pomyślałam? Że to magia, że rzuciłeś na mnie urok, potajemnie, zdradziecko oczarowałeś mnie, zauroczyłeś Znakiem, twoim wilczym medalionem, złym okiem. Tak pomyślałam, ale nie zatrzymałam się, biegłam dalej, bo zrozumiałam, że pragnę… pragnę znaleźć się w twojej mocy. A rzeczywistość okazała się straszniejsza. Nie rzuciłeś na mnie uroku, nie użyłeś żadnych czarów. Dlaczego Geralt? Dlaczego mnie nie zauroczyłeś? (…)

[głosem kolesia z Mango Gdynia] CHCECIE WIĘCEJ? PROSZĘ BARDZO!

Gdyby to była magia wszystko byłoby takie proste i łatwe. Uległabym twojej mocy i byłabym szczęśliwa. A tak… Muszę… Nie wiem, co się ze mną dzieje…

[głosem kolesia z Mango Gdynia] JESZCZE WAM MAŁO?

(…) Myślałam zawsze, że to piękny i wzniosły stan ducha, szlachetny i godny, nawet jeżeli unieszczęśliwia. Przecież tyle ballad ułożyłam o czymś takim. A to jest organiczne, Geralt, podle i przejmująco organiczne. Tak może się czuć ktoś chory, ktoś, kto wypił truciznę. Bo tak, jak ktoś kto wypił truciznę, jest się gotowym na wszystko w zamian za odtrutkę. Na wszystko. Nawet na poniżenie.

[głosem kolesia z Mango Gdynia] ALE TO NIE WSZYSTKO!

Tak. Czuję się poniżona, poniżona tym, że wszystko ci wyznałam, zapominając o godności, która każe cierpieć w milczeniu. Tym, że moim wyznaniem wprawiłam cię w zakłopotanie. Czuję się poniżona tym, że jesteś zakłopotany. Ale ja nie mogłam inaczej. Jestem bezsilna. Zdana na łaskę, jak ktoś złożony chorobą. Zawsze bałam się choroby, momentu, w którym będę słaba, bezsilna, bezradna i samotna. Zawsze bałam się choroby, zawsze wierzyłam, że choroba byłaby najgorszym, co mogłoby mnie spotkać…

[głosem kolesia z Mango Gdynia] TO NAPRAWDĘ NIE WSZYSTKO!

Wiem, że powinnam być ci wdzięczna, że… że nie wykorzystujesz sytuacji. Ale nie jestem ci wdzięczna. I tego też się wstydzę. Bo ja nienawidzę tego twojego milczenia, tych twoich przerażonych oczu. Nienawidzę cię. Za to, że milczysz. Za to, że nie kłamiesz, że nie… I jej też nienawidzę, tej twojej czarodziejki, chętnie pchnęła bym ja nożem za to, że… Nienawidzę jej. Każ mi wyjść, Geralt. Rozkaż mi, bym stąd wyszła. Bo sama z własnej woli, nie mogę, a chcę stąd wyjść, pójść do miasta, do oberży… Chcę zemścić się na tobie za mój wstyd, za poniżenie, chce znaleźć pierwszego lepszego…”

[głosem kolesia z Mango Gdynia] ZADZWOŃ TERAZ 0-700-JA-PIERDOLĘ-A-TO-SĄ-TYLKO-DWIE-STRONY-Z-JEDNEGO-OPOWIADANIA

To wszystko… No, może 90 procent tego, powinno się znaleźć w akcji. Czytelnik powinien się domyślać, jak czuje się Oczko, widząc, jak się zachowuje. Powinien dostać sceny. Czuć, jak jakiś supeł zawija mu się w trzewiach. A nie wiem, jak wam, mi się żaden węzeł nie zawija w trzewiach, gdy słucham takich wykładów.

Najgorsze jest to, że te grafomańskie emo-monologi przysłaniają Sapkowskiemu naprawdę dobre pomysły na prozę. Bo tak, syrenka to świetny pomysł – dlaczego go nie rozwinął? A podwodne schody i mieszkająca na dnie cywilizacja? Na wszystkich mrocznych bogów Chaosu, Lovecraft zbudował na tym całą karierę! A Sapkowskiego stać tylko na standardową scenę akcji. Zresztą strasznie nieudaną, dużo słabszą chociażby niż towarzyszące jej wywody Jaskra, przerwaną zaś idiotycznym deus ex machina, czyli syrenką o pięknych piersiach.

Na pieprzonym, wielkim, szarym delfinie.

Dmącą w magiczną muszlę.

wiedzmin007

Fak. Dat. Szit.

008

„Ziarno prawdy” jest dobre. Tak po prostu. Bez fajerwerków, bez wodotrysków, bez parad. To fajne, krótkie opowiadanie, z fajnym zwartym pomysłem. Sensownie napisane, sprawnie poprowadzone, zmierzające w swoją stronę i nie kluczące po jakiś emocjonalnych dramatach, dzieciach przeznaczonych, ani filozoficznych wywodach.

Jeżeli nie pamiętacie „Ziarna prawdy” to spieszę donieść, że jest to opowiadanie parodiujące „Piękną i bestię”, w którym bestią jest zaklęty w potwora szlachcic, zaś piękną kochająca go bruxa, czyli krzycząca wampirzyca. Wcale by mnie nie zdziwiło, gdybyście wciąż nie pamiętali – sam zupełnie wyparłem z pamięci „Ziarno prawdy”, bo będąc młodym i głupim, uznałem najwidoczniej, że takie tam zwykłe, fajne opowiadania nie są warte mej pamięci, gdy w tym samym tomie dzieją się „Mniejsze zła” i „Kwestie ceny”.

O ile jednak wszystkie te „Mniejsze zła” i „Kwestie ceny” czytane po latach rozłażą się w szwach, o tyle te mniejsze, bardziej niepozorne opowiadanka (jeszcze „Kraniec świata” na ten przykład) wciąż świetnie się bronią – są bezpretensjonalne, zabawne i świeże.
wiedzmin008
Lubię „Ziarno prawdy” przede wszystkim za postać Nivellena. Jest w nim jednocześnie coś strasznego i strasznie sympatycznego. Wiemy, dlaczego spotkała go kara i wcale go nie żałujemy. Ale jednocześnie widzimy przecież, że jakąś tam resocjalizację przeszedł i myślimy sobie, że być może koniec już z tą głupią odsiadką. I w tym dokładnie momencie, gdy sobie o tym myślimy, Nivelle mówi nam, że wcale nie wypatruje końca wyroku, bo dobrze mu tak, jak jest. Nie jest łatwo stworzyć taką postać, a ja mam już tyle lat na karku i tyle książek przeczytanych na koncie, że bardzo doceniam, jeżeli komuś się to uda.

Cenię sobie też „Ziarno prawdy” za prosty morał przekazany w prosty sposób. O tym, że bruxa naprawdę kochała Nivellena (tylko na swój własny, wampirzy [czyt. popierdolony] sposób) dowiadujemy się nie z grafomańskich elaboratów autorstwa Oczka czy innej Yenn, ale z prostej, zgrabnej sceny końcowej. I jednego zdania wypowiadanego przez Geralta, w które Sapkowski wplótł tytuł. Tak, dobrze czytacie – gdy w „Ziarnie prawdy” w końcu pojawia się ziarno prawdy to czytelnik widzi, że jest ono na dobrym miejscu. I nie wścieka się, że napierdalano go nim po łbie wcześniej przez 20 stron. Jak jakiegoś idiotę.

Jeżeli więc chcecie spędzić sympatyczne 30 minut z Wiedźminem, ale samego „Wiedźmina” znacie na pamięć, przeczytajcie „Ziarno prawdy” – naprawdę dobry kawałek polskiego fantasy.

009

„Coś więcej” zamyka „Miecz przeznaczenia” i trzeba przyznać, że zamyka go w wielkim stylu. Paaaaanie! Czego to w tym opowiadaniu nie ma! Yennefer, spotkana zupełnym przypadkiem, i jej miłosne pierdolenie? Jest. Rozmowa mistrza Geralta z personifikacją śmierci? Jest. Triss Merigold jeszcze zupełnie niepozorny? Jest. Wielka wojna, inwazja czarnych, ludobójstwo, spalone ziemie i opowiadający o tym Jaskier, przypadkiem spotkany? Jest. Matka Geralta, co to go oczywiście spotyka zupełnie przypadkiem? Jest. Pojedynek z nekherami (chyba), z którego Geralt, ledwie z życiem uchodzi? Jest. Królowa zamordowana? Jest. Przeznaczenie, czyli tak naprawdę kolejne przypadkowe spotkanie w jednym opowiadaniu? Jest.

wiedzmin009Najsłabiej oczywiście wypada cała ta idiotyczna akcja z Yennefer, co to ją wiedźmin spotyka na święcie Belleteyn, a ona mu mówi, że się nie będą gzić w krzakach, ale chwilę później gżą się w krzakach. Jest w tym epizodzie jedno dobre zdanie, które chciałbym zacytować. Otóż po długim, bełkotliwy wykładzie Yenn na temat bezpłodności i ogólnego bezsensu istnienia, Geralt reaguje następująco: „Milczał. Nie lubił, gdy popadała w taki nastrój”. To niepozorne stwierdzenie jest tak piękne, bo NIKT NIE LUBI GDY YENN ODPALA SWOJE BIADOLENIE. A już najmniej ja – czytelnik. Szkoda tylko, że postacie Sapkowskiego zupełnie nie zdają sobie sprawy ze swojej śmieszności i brną w nią, niczym Bronisław Komorowski w referendum o JOW-ach.

Zabawne jest także spotkanie z Calanthe, bo ono z kolei pokazuje inny problem tej słynnej prozy. Otóż Sapkowski pisze tak dobre dialogi, że rozmowy pomiędzy jego bohaterami nie są w zasadzie prawdziwymi rozmowami, ale jakimiś wirtualnymi szermierkami słownymi, z których może wyjść wszystko. Bardzo zdolny mówca czasami nawet przegaduje sam siebie. Tak dzieje się w rozmowie wiedźmina z królową. Wiedźmin zaczyna z pozycji „oddawaj mi swoje dziecko”, a królowa startuje w punkcie „nie oddam ci wnuczki”. Następnie na chwilkę spotykają się w okolicach „poproś, to ją zostawię” vs „zabiję cię skurwielu”, by tu się minąć i stanąć na przeciwległych brzegach. Wiedźmin po stronie „tak w zasadzie to w ogóle nie chciałem tego dziecka, tak po prostu wpadłem, ciekawiło mnie, co u ciebie”, a Calanthe gdzieś przy „zabierz ode mnie to dziecko, przecież jest ci przeznaczone, dobry z niej będzie wiedźmin, jak przeżyje próby (ale przecież bez prób też ją może jakiś wypadek spotkać, więc luz!)”. To nawet zabawne, bo żeby to dostrzec trzeba naprawdę uważnie czytać wszystkie dialogi. Będąc nastoletnim fanem polskiego fantasy zupełnie to przegapiłem i wydawało mi się, że oni po prostu są tacy straszliwie mądrzy.

Cenię jednak „Coś więcej” jako idealny pomost pomiędzy opowiadaniami a powieściami. Razem z „Mieczem przeznaczenia” to już w zasadzie jest wstęp do sagi – wszystkich tych Nilfgaardów, wielkich bitew, czarodziejskich spisków i biegania po całych mapach w poszukiwaniu Ciri. Sapkowski bardzo ładnie rozstawia figury przed wielką grą: Yenn i Geralt są sobie razem, ale w zasadzie osobno; Jaskier ma już ustaloną pozycję obieżyświata, którego zawsze można przypadkowo spotkać; Ciri znaleziona po raz trzeci w końcu przekonuje wiedźmina, że jest jego, jego i tylko jego (swoją drogą – troche Geraltowi zajęło, zanim to zrozumiał); pierwsza wojna z Nilfgaardem dobiega końca; i nawet wątki osobiste zostają Geraltowi dopisane, jego matka przedstawiona, śmierć ujarzmiona etc. etc. Szacunek.

No i nie zapominajmy, że „Coś więcej” kończy się naprawdę wzruszającym przytulem pomiędzy Geraltem a Ciri, który to przypomniał mi, jak fajnie ta relacja była napisana w grze – więc także na plus.

010

Napisałem, że tom „Ostatnie życzenie” rozpoczyna się od niezłej sceny erotycznej. Wypada mi więc napisać, że opowiadanie „Ostatnie życzenie” kończy się fatalną sceną erotyczną. Taką wprost z pamiętniczka zaczytanej w XIX-wiecznych romansach nastoletniej pensjonarki, która seks postrzega jako wielką mistyczną tajemnicę, podczas której dochodzi do zespolenia dusz, sfer, planet i programów wyborczych SLD i Zielonych.

O, proszę: „Przerwał jej pocałunkiem, uściskiem, dotknięciem, pieszczotą, pieszczotami, a potem już wszystkim, całym sobą, każdą myślą, jedną myślą, wszystkim, wszystkim, wszystkim” (to „wszystkim” naprawdę pada trzy razy, nie dopisałem nic).

wiedzmin010Niestety, ten fragment nieźle oddaje poziom całego opowiadania – strasznie chaotycznego i całkowicie pozbawionego sensu. Ja rozumiem, że w ujęciu Sapkowskiego miłość, to och, jakże nieprzewidywalny żywioł, o którym potrafią prawić tylko poeci, grafomani i ludzkie szczenięta w okresie dojrzewania, ale w „Ostatnim życzeniu” miłość jest nie tylko nieprzewidywalna, ale i, po prostu, durna w chuj. To, że Geralt zakochuje się w Yennefer jest idiotyczne i bezsensowne, bo wszystko, co nam Sapkowski mówi o Yenn w tym opowiadaniu (i w kolejnych zresztą też) to, że jest to zimna, okrutna, humorzasta pinda, która wiedźmina upokarza i wysyła do więzienia (gdzie czeka go ciężkie pobicie i, gdyby nie Dżin, śmierć).

Gdy czytam teraz „Ostatnie życzenie” po raz wtóry, dorosłym będąc, nie dostrzegam już w tym opowiadaniu historii miłosnej, ale jakąś smutną opowieść o wiedźminie, który nie czuł się człowiekiem. Ale był wystarczająco ludzki, że, aby ocalić laskę, która nim gardziła, zgodził się na zawsze związać z nią swój los. To nawet ciekawe, bo rzuca zupełnie nowe światło na wszystkie kolejne opowieści o parze. Geralt nie jest kochankiem Yenn, ale jej chłopcem do bicia (zresztą w „Ostatnim życzeniu” czarodziejka spuszcza mu konkretny wpierdol). Poniewieraną i pogardzaną ofiarą przemocy domowej , związaną z katem czarną magią o wiele potężniejszą niż kredyt na 35 lat we frankach. O ile więc spławiając Yenn w „Wiedźminie 3” czułem się mocno tak sobie – bo CD Projekt RED napisał o wiele sympatyczniejszą Yenn niż Sapkowski – to teraz nagle całe poczucie winy mi odeszło i cieszę się, że uwolniłem Geralta od tej brutalnej, mściwej jędzy.

Idź wiedźminie, jesteś wolny, żyj, oddychaj w końcu. Z dala od tej histerycznej megalomanki, co to tak jest skupiona na własnych nieszczęściach (bezpłodności), że w ich imię gotowa jest zrujnować pół miasta (i zabić smoka).

Zresztą Sapkowskiemu w „Ostatnim życzeniu” nie wyszła nie tylko Yennefer, ale w zasadzie wszystkie postacie. Geralt, jak już napisałem, jest bezwolnym szczeniakiem, co to zobaczył namydlonego cycka i nagle wyłączył mu się zdrowy rozsądek. Jaskra albo nie ma, albo sprowadzony jest do zabawnego kompana, wygłaszającego średnio zabawne teksty. Chireadana, Erridila i Vratimira trudno w zasadzie w ogóle nazwać bohaterami – nawet trzecio- czy czwartoplanowymi. To po prostu imiona pojawiające się co jakiś czas na kartkach, a jedynymi informacjami na ich temat jest to, że Chireadan jest smutny i wcale nie mądrzejszy niż Geralt, Erridil ma karczmę i żonę, a Vratimir… ok, o nim nie wiemy zupełnie nic.

I jeszcze coś. Ja rozumiem, że gdy „na ekranie” dzieją się rzeczy bez sensu, to czasem można do czytelnika mrugnąć okiem i pozwolić któremuś bohaterowi, by przełamał czwartą ścianę i powiedział głośno, że „to wszystko bez sensu” (vide: Avengers 2). Ale ta sztuczka niestety nie zawsze działa. Tutaj nie zadziałała – obojętne ile razy Jaskier i Chireadan krzyknęli, że to bez sensu (jeden z przerażaniem, drugi ze smutkiem), ja wciąż myślałem, że to bez sensu.

PS Dowcip o chędożeniu wciąż bawi.

011

Choć podwaliny pod sagę położono w „Kwestii ceny”, to z punktu widzenia kolejnych sześciu książek, ważniejszy wydaje mi się „Kraniec świata”. Nie tylko dlatego, że jest to po prostu o wiele lepszy tekst, ale dlatego, że Sapkowski po raz pierwszy zagłębia się tutaj w stosunki pomiędzy ludźmi a nieludźmi. A przecież szowinizm, rasizm i zdobywanie dzikiego świata, który, zupełnie przez przypadek, jest już zamieszkały przez najróżniejsze mniej lub bardziej inteligentne rasy to bardzo ważne tematy serii wiedźmińskiej – i, tak się przy okazji składa, że bardzo mnie kręcące.

Do tej pory podoba mi się, jak Sapkowski podchodzi do tego tematu. „Człowiek” w jego opowiadaniach wcale nie brzmi dumnie – wiedźmini bronią ludzkości przed potworami nie dlatego, iż ta zasługuje na obronę, ale z jakiegoś spaczonego humanitaryzmu, który każe ratować nawet naprawdę spaczone jednostki, bo „życie ludzkie jest święte” i inne terefere. Ba, w „Krańcu świata” okazuje się, że „człowiek” czasem brzmi po prostu chujowo – nie jest to ani najbardziej rozwinięta rasa, ani najbardziej empatyczna, ani nawet najbardziej waleczna. Jej przewaga wynika raczej z liczebności i zdolności adaptacyjnych. Ekspansja ludzkości w oczach elfów i krasnoludów to coś na kształt inwazji karaluchów – drobne starcia są łatwe do wygrania, ale jak długo można walczyć z kolejnymi falami?

Lubię „Kraniec świata” także z innych powodów. Podoba mi się chemia pomiędzy Geraltem i Jaskrem, którym znów udaje się być przyjaciółmi. Śmieszą mnie zaciągający po staropolsku wieśniacy i ich mądra księga. Lubię diabła, co rzuca metalowymi kulkami. Ba, doceniam nawet zaskakująco subtelne (jak na Sapkowskiego) wmieszanie w opowiadanie powiedzonka „tam, gdzie diabeł mówi dobranoc”.

Jeżeli więc mam z „Krańcem świata” jakiś problem, to uwiera mnie długość tego opowiadania. Wszystko kończy się zbyt szybko, postacie (zwłaszcza elfy) są przedstawiane zbyt powierzchownie, rozwiązanie przychodzi nagle, zupełnie z zewnątrz i choć ma sens, to jednak pozostawia uczucie niedosytu. Tak, jak nieco niewykorzystana postać diabła. Ale z drugiej strony, po tych wszystkich przegadanych tasiemcach, „Kraniec świata” uwiódł mnie też tym, że jest zwarty, treściwy i sensowny, więc być może, gdyby Sapkowski rozwinął go bardziej, to wcale nie wyszłoby to tekstowi na dobre.

wiedzmin11

I jeszcze mój ulubiony fragment: „Wiedźmak. Przez niektórych wiedźminem zwany. Wzywać go niebezpiecznie barzo, wżdy trzeba, bo gdy przeciw potworu a plugastwu niczym nie uradzi, wiedźmak uradzi. Baczyć aby trzeba, coby wiedźmaka nie dotykać, bo od tego oparszywieć można. A dziewki przed nim kryć, bo wiedźmak chutliwy jest ponad miarę wszelką. Choćia wiedźmak wielce chciwy a na złoto łasy, nie dać onemu więcej jak: za utopca srebrny grosz albo półtorak. Za kotołaka: srebrne grosze dwa. Za wąpierzea: srebrne grosze cztery…”

No powiedzcie, że się nie uśmiechnęliście i że nie imponuje wam łatwość z jaką Sapkowski stylizuje… Mi imponuje.

012

Na koniec zostawiłem sobie opowiadania najbardziej niewdzięczne, bo nie budzące we mnie żadnych silnych emocji – czyli „Miecz przeznaczenia” i „Głos rozsądku”. Z oboma mam ten sam problem: podobały mi się i dobrze mi się je czytało, ale trudno o nich cokolwiek napisać, bo pełnią rolę czysto funkcjonalną. „Głos rozsądku” spaja po prostu opowiadania z „Ostatniego życzenia” i dostarcza czytelnikowi garść podstawowych informacji o wiedźminie, „Miecz przeznaczenia” zaś zapoczątkowuje sagę, przypomina „Kwestię ceny”, na dobre wprowadza Ciri w życie Geralta, sygnalizuje nadchodzącą wojnę z Nilfaagrdem i narastający konflikt pomiędzy ludźmi, a nieludźmi.

„Głos rozsądku” oczywiście podobał mi się bardziej, bo był prosty i bezpretensjonalny. Lubię otwierającą go scenę erotyczną, lubię sympatyczną i miłą Nenneke, fajnie, że pojawia się Jaskier i całkiem niewiele w nim Yennefer. No i końcowy twist jest dosyć zgrabny (nastolatkiem będąc zachwycałem się sprytem wiedźmina, co to zranił gówniarza jego własnym mieczem). Czy Dennis Cranmer pojawia się później w sadze? Bo za cholerę go nie pamiętam, a zdaje się, że to materiał na sympatycznego krasnoluda, mogącego bronić honoru rasy przez najróżniejszymi, obrzydliwymi Yarpenami.

Ale „Miecz przeznaczenia” też jest spoko. Braenn jest fajna. Mała Ciri jest fajna. Geralt jest nawet fajny i jego krótki wykład na temat zwyczajów driad jest fajny. Chemia pomiędzy Geraltem a Ciri jest fajna. Skopiowany z „Władcy pierścieni” Brokilon jest fajny. Eithne jest… ok, ona jest bezsensowna – dumna driada, co to jest tak dumna, że w imię przeznaczenia musi krzywdzić dzieci; a do Geralta ma jakieś idiotyczne, źle uzasadnione pretensje o to, że jest bezpłodny. Niestety „Miecz przeznaczenia” siada w połowie, gdy Sapkowski zaczyna sapkowszczyć i odpala te bzdury na temat przeznaczenia, mieczy i geraltowych wizji. Stara się to później ratować końcową siekanką i wprowadzeniem Myszowora, ale co się zepsuło, to jest już zepsute, więc nie udało mi się odzyskać zainteresowania.

013

Podsumowując: opowiadania wiedźmińskie zestarzały się brzydko. Dobrze radzą sobie tylko niektóre, większość śmieszy i przestrasza, przy niektórych dosłownie wypadają zęby. Na zakończenie proponuję krótki, autorski ranking wszystkich utworów z „Ostatniego życzenia” i „Miecza przeznaczenia”:

podium

Miejsce 1. „Wiedźmin”
Miejsce 2. „Ziarno prawdy”
Miejsce 3. „Kraniec świata”

I to są trzy opowiadania, które mi się autentycznie podobały – praktycznie bez zastrzeżeń. Półka opowiadań średnio udanych, mających w sobie coś interesującego, ale jednocześnie nieznośnie irytujących, wygląda tak:

Miejsce 4. „Głos rozsądku”
Miejsce 5. „Miecz przeznaczenia”
Miejsce 6. „Coś więcej”
Miejsce 7. „Kwestia ceny”

To są opowiadania, które były ok. Przy czym „Kwestia ceny”, „Coś więcej” i „Miecz przeznaczenia” plusuję dodatkowo (i najpewniej niesłusznie), bo wciąż tkwi we mnie sentyment za sagą, więc czytając je trochę się rozczulałem. Teraz opowiadania po prostu słabe:

Miejsce 8. „Wieczny ogień”
Miejsce 9. „Granica możliwości”
Miejsce 10, szczególnie bolesne. „Mniejsze zło”
Miejsce 11. „Ostatnie życzenie”

I opowiadania tak złe, że nie podejrzewałem, że Sapkowski może być tak zły, choć w sumie powinienem był podejrzewać, bo przecież „Żmija” i „Sezon burz”:

Miejsce 12. „Trochę poświęcenia”
Miejsce 13. „Okruch lodu”

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.