Wierzchowiec i pięćdziesiąt ostrzy

Dobry król Yaroglek, władca królestwa Vaegirów, nie miał nic przeciwko kobietom-wojowniczkom. Było wręcz przeciwnie, uważał, że każdy z jego poddanych ma takie samo prawo do wykazania się na polu bitwy. Problem polegał na tym, że najważniejsi wodzowie pod nim służący mieli zdanie odmienne. A on nie miał zamiaru sprawdzać, jak mocną miał wśród nich pozycję tylko po to, by wynagrodzić jedną kobietę za jej zasługi.

Tak naprawdę są tylko dwa rodzaje królów, bo istnieją tylko dwa rodzaje ludzi. Królowie dobrzy, którzy nie robią rzeczy według nich słusznych, bo nie muszą. Oraz królowie, którzy robią to, co musi być zrobione. Tych drugich nikt nie określa mianem “Dobry” ani “Miłościwy”, a często mają takiego pecha, że pokolenie, które przychodzi po nich, robi wszystko, by przeszli do historii pod przydomkiem “Groźny” albo “Zły”.

Yaroglek należał niestety do tego pierwszego sortu. Trudno, nikt nie mówił, że życie będzie proste.

Miesiąc później, kiedy Piwonia przeprowadziła zwycięskie oblężenie Dhirim, bogatego miasta położonego na południowy zachód od mroźnych wyżyn Vaegirów, król Yaroglek musiał już ją nagrodzić. Jedno, niewielkie lenno gdzieś na północy, niewielka wioska pełna smutnych ludzi. Taka była jej nagroda.

Dobry król Yaroglek przez sekundę nawet zastanawiał się, czy nie popełnia błędu, czy nie powinien zwrócić większą uwagę na tę kobietę-wojowniczkę, ale dobry król Yaroglek nie był zbyt inteligentnym człowiekiem, więc odrzucił na bok wątpliwości, nie mogąc się doczekać nadchodzącej uczty.

Pod koniec oblężenia Piwonia wyglądała tak:

Selfie z drużyny przeciwną na schodach

Selfie z drużyną przeciwną na schodach

Nikt nie mówił, że życie będzie proste. Już od pierwszego momentu, gdy Piwonia pomogła wyzwolić porwanego przez zbójcerzy kupca, wiedziała, że kobieta nie ma łatwo w tym świecie. Inni odnosili się do niej z szacunkiem, ale czuła w nim mieszankę złości i strachu. Pachniało to jak przyprawowe rynki Tulgi, na których zgubił się jeden strudzony nordyjski rycerz. Piwonii to nie przeszkadzało, wiedziała, na co się pisze.

Po kilku tygodniach podróży udało jej się stworzyć w miarę zgraną bandę wojowników. Kiedy podróżowała sama, często stawała się celem band dezerterów albo zbójów, czyhających na nieostrożnych lub głupich. Piwonia nie była ani nieostrożna, ani głupia, miała za to miecz i łuk. To, co zerwała z ciał napastników zazwyczaj nie było wiele warte, ale dzień po dniu, tydzień po tygodniu, uporczywie trzebiła wyjętych spod prawa aż zaczęli się jej bać.

2_altPo miesiącu zaoferowała swoje usługi dobremu królowi Yaroglekowi, który pomoc przyjął, szczególnie teraz, kiedy zbliżał się konflikt z królestwem Swadii, ale żadnej ogrody nie obiecał. Kobieta, bla bla, arystokraci, bla bla, pole bitwy, bla bla.

Pierwsza bitwa na granicy królestw, w której wzięła udział Piwonia, o mało co jej nie zabiła. Z jej czterdziestoosobowego oddziału przeżyła zaledwie garstka łuczników. Podążała za jednym z vaegirskich możnych, który uwidział sobie być forpocztą zwycięskiego pochodu Vaegirów w głąb swadijskiego terytorium. Piwonia i jej konni robili wszystko, co mogli, ale pozbawieni wsparcia piechoty szybko padali pod naporem armii Swadii. Pierwsza bitwa, jaką kiedykolwiek stoczyła, okazała się też pierwszą bitwą, którą przegrała. W niewoli księcia spędziła kilka tygodni. Nikt nie chciał zapłacić za nią okupu, więc uciekła i zaczęła budować swój oddział od początku. Dobry król Yaroglek przywitał ją, wspominając o przegranej bitwie, jakby była to jej wina, jak gdyby to ona dowodziła potyczką. “Cenię dobrych wojowników, ale…”, powiedział. To wieczne “Ale” oddzielające kłamstwo, w które Yaroglek wierzył, a prawdę, której był świadomy, zaczynała doprowadzać Piwonię do furii. Jednak przysięgła Vaegirom wierność i nie zamierzała zmieniać stron.

Drugi oddział różnił się już od pierwszego. Piwonia zamiast trenować kawalerię, postawiła na piechotę. Już nigdy nie chciała uzależniać się od pomocy z zewnątrz, dowodzonej przez zbyt pewnych siebie mężczyzn. Plan kolejnych bitew był prosty: Ciężka piechota związuje walką przeciwnika. Piwonia eliminuje wrogich łuczników pozostających z zewnątrz. Pierwsze kilka walk udowadnia, że to dobra strategia. Udaje się pokonać kilka mniejszych oddziałów Swadii, do niewoli trafia nawet jeden baron. Oddział rośnie do sześćdziesięciu ludzi. Pora na coś trudniejszego.

Król nominuje nowego marszałka, człowieka sprytnego i żądnego chwały, ale patrzącego realistycznie na swoje szanse. Krok po kroku dowodzone przez niego siły przejmują jeden, dwa, trzy zamki Swadii. A w tym wszystkim bierze udział Piwonia i jej doborowy oddział. Kiedy inny Vaegirowie, słabo wyszkoleni, uzbrojeni w topory i tarcze, ubrani w utwardzane zbroje skórzane giną pod kopytami swadijskich rycerzy, ludzie Piwoni przeżywają, obsadzając wzgórza, wytrzymując natarcie na tyle długo, żeby przełamać atak przeciwnika, zatrzymać szarżę, ściągnąć ich z koni na ziemię, gdzie nie mają żadnych szans.

Możni zaczynają poważać Piwonię. Marszałek wie, że bez niej nie byłoby sukcesów w kampanii. Wioska za wioską, zamek za zamkiem terytorium Vaegirów wgryza się coraz głębiej w zielone równiny, z dala od niegościnnych klifów północy.  Piwonia wciąż czeka na honory, na ziemie, na nagrody. W końcu, po oblężeniu bogatego Dhirim zostaje uznana za możną, otrzymuje tytuł i kawałek ziemi gdzieś na północy, z dala od zielonych pól i lasów, w których jej ludzie i ona sama przelewali krew.
6
Piwonia dochodzi do wniosku, że jeśli sama nie wywalczy sobie chwały, to nie zrobi tego za nią nikt. Więc jej oddział atakuje kolejne osady Swadii, wiąże walką coraz większe armie i zawsze wychodzi zwycięsko. Atakuje nocą lub rankiem, gdy mgła utrudnia łucznikom widzenie. Kluczą między drzewami w zagajnikach, gdzie kawaleria nie może się rozpędzić. Pada jeden oddział dziewięćdziesięciu ludzi, drugi, trzeci. W końcu, pewnego mroźnego poranka Piwonia trafia na króla Swadii podróżującego między jednym zamkiem a drugim. Chroni go stu dwudziestu rycerzy. Piwonia waha się tylko przez moment, sama wraca właśnie z jednej ze swoich wypraw, jej oddział liczy tylko pięćdziesięciu zbrojnych. To jednak król wykonuje pierwszy ruch i atakuje.

Po dwudziestu minutach potyczka się kończy. Król trafia do niewoli, jego rycerze są rozbici. Z oddziału Piwonii przeżyło tylko dziesięciu zbrojnych. Kobieta wraca do stolicy, gdzie wita ją król Yaroglek. Za krew i odwagę odwdzięcza się słowami.

5

Tydzień później podstępni Nordowie zza zachodniej granicy atakują Vaegirów. Siły królestwa rozciągnięte są niemiłosiernie na froncie swadijskim. Zanim wrócą do stolicy, miną dni. Piwonia nie zostawi jednak swojego króla samego. Atakuje posiłki, które mają wspomóc oblężenie Reyvadin. Nordowie nie mają żadnych szans, choć jest ich dwa razy więcej i posługują się głównie piechotą. Lord dowodzący oddziałem w końcu się poddaje i próbuje uciec. Piwonia żałuje, że zasady honoru uniemożliwiają jej pozbycie się dowódcy raz na zawsze. Jej ludzie giną, a możny przeżyje. Za tydzień wykupi go rodzina.

Zniszczenie posiłków przełamuje wolę Nordów. Wycofują się za swoje góry i liżą rany. Piwonia może wrócić do starego planu, choć z zazdrością spogląda na innych dowódców. Oni nie poświęcają się tak jak ona, nie kładą na ostrzu noża życia raz za razem w obronie ojczyzny, ku jej chwale, a to do nich należą zamki i rozległe włościa.

Na granicy ze Swadią, zredukowaną do jednego dużego miasta (wystarczy jedna ofensywa, krzyczy Piwonia na zebraniu dowódców. Ale oni, obżarci sukcesami i napojeni nagrodami wcale nie chcą atakować dalej), pod lasem, za mostem, stoi zamek Grunwalder. Kobieta atakuje zaciekle i nie czeka, aż Swadia zdoła zmontować kontrofensywę. Pozostawiona sama sobie, wraz z garstką ludzi atakuje mury, przebija się przez obrońców, tnie sobie drogę do dziedzińca. Walka na nogach ją irytuje. Brak tu prędkości wierzchowca, trzeba trzymać się ciżby, nie można tak łatwo flankować. Piwonia prawie ginie, ledwo stoi na nogach, ale przejmuje władzę nad zamkiem. Król nie może zrobić nic innego, niż przyznać jej nad nim panowanie, choć przysłuchując się jego słowom można by dojść do wniosku, że to jego wola jest tutaj najważniejsza. Nie jest. Piwonia gotowa jest walczyć o swoje.

Ambicja jest jednak jak apetyt. Zjedz wystarczająco udźców z dzika, a pewnego dnia i cała świnia nie wystarczy. Piwonia spogląda łapczywym wzrokiem ku ostatniemu miastu Swadii, Veluce. Otoczona przez wierne wojsko, za murami własnego zamku zaczyna zastanawiać się, czy potrzebny jest jej nad sobą mężczyzna.

Dobry król Yaroglek, władca królestwa Vaegirów, nie miał nic przeciwko kobietom-wojowniczkom…


Tym wszystkim jest Mount & Blade. Oczywiście oprócz uczuć, te w nadmiarze należą do mnie. Mount & Blade jest jedną z tych gier, których nigdy nie kończę, przerywam w połowie, wracam do nich po roku i wciągam się na długie godziny. Piwonię zostawiłem w tym właśnie miejscu. Zbyt potężną, aby była ignorowaną, ale zbyt słabą, żeby rzucić rękawicę możnym. Kiedy do niej wrócę, za rok, dwa, nie będę już pamiętał, co chciałem z nią dalej zrobić, kim właściwie jest i zacznę od początku, choć wiem, że dalej jest jeszcze ciekawiej, jest własne państwo, własne królestwo. Jest w tej grze tak wiele duszy, tak wiele piękna i otwartości, tak wiele wyzwań i osiągnięć, własnych, przez nikogo nienarzuconych, czekających na odkrycie.

Michał Piwowarczyk

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.