O ludziach bez ludzi

Everybody’s Gone to the Rapture z pewnoscią nie jest najlepszą grą tej generacji. Pewnie nie jest nawet blisko pierwszej setki, ale kryje w sobie naprawdę wiele małych mądrości.

Everybody’s Gone to the Rapture, gra o niezwykle długim tytule, kryjącym już zresztą w sobie rozwiązanie tajemnicy, którą być może gracz miał ochotę rozwiązać, ukazała się już co prawda pół roku temu, bo w sierpniu 2015 roku, ale przyszło mi ukończyć ten tytuł dopiero ostatnio – stąd właśnie ten tekst. W każdym razie, by wszelkie formalności mieć już za sobą po pierwszym paragrafie: za Everybody’s Gone to the Rapture odpowiada studio Chinese Room, które stworzyło ją we współpracy z SCE Santa Monica Studio.

Chinese Room znane jest głównie z dość rewolucyjnego dla gier niezależnych tytułu Dear Esther, oraz bardzo nierewolucyjnej, a nawet i dość źle stworzonej kontynuacji legendarnej Amnesii – Amnesia a Machine for Pigs (które tak, czy inaczej w wielu miejsach się broniło!).Wraz z Everybody’s Gone to the Rapture po raz kolejny stworzyli grę w gatunku, który poniekąd sami zainaugurowali. Mamy więc do czynienia z kolejnym, tzw. symulatorem chodzenia (Walking Simulator), który sam z siebie mało ma z klasycznej definicji słowa „gra”, a raczej prosi się o określanie jako interaktywnego, wirtualnego doświadczenia.

Chciałabym od razu napisać, że częste porównania pomiędzy Everybody’s Gone to the Rapture i The Vanishing of Ethan Carter nie są być może bezzasadne, ale w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z kompletnie odmiennymi rzeczami. Tak – obie z nich koncentrują się na chodzeniu z miejsca na miejsce i poznawaniu historii, ale Ethan Carter w swym sercu posiada mechanizm gry przygodowej (chociaż może nie za skomplikowanej). Oba tytuły zajmują się zupełnie inną problematyką, a użycie fundamentalnych założeń Walking Simulatora ma przede wszystkim uczynić medium przezroczystym i na pierwszym miejscu postawić treść. Everybody’s Gone to the Rapture najbliżej jest chyba do Dear Esther i to porównanie wydaje mi się najbardziej owocne przy próbie opowiedzenia komuś o grze.

Everybody’s Gone to the Rapture daje nam wcielić się w postać Katherine Collins. Katherine jest naukowcem. Jest też Amerykanką, co w tym wypadku sprawia, że wyróżnia się na tle innych postaci. Historia Everybody’s Gone to Rapture snuta jest bowiem w Wielkiej Brytanii, o czym raz po raz informuje nas akcent bohaterów.

Historia, w której bierzemy udział, już się odbyła. My odgrywamy tylko jej „wycinki”, sami dopowiadając sobie co działo się pomiędzy nimi. Everybody’s Gone to the Rapture opowiada historię małej miejscowości Yaughton, wtajemniczając nas w życie i problemy szeregu jej mieszkańców. Katherine przyjechała tu z mężem, również naukowcem. To miejsce, w którym się wychował. Kobieta uważana jest przez mieszkańców za obcego – zarówno ze względu na jej pochodzenie, jak i na kolor skóry. Różni ją również podejście do życia i przekonania, które czynią z nią postać diametralnie inną od farmerów i gospodyń, z którymi wchodziła niegdyś w interakcję. Trudno jest tu określić kto jest właściwie głównym bohaterem. Sterowana przez gracza kobieta nie jest faworyzowana w fabule – właściwie każdy z przedstawionych bohaterów ma tu równie istotne miejsce.

Jest więc mąż Katherine, Stephen, który powracając do Yaughton stawić musi czoła wszystkim, których niegdyś tu zostawił – w tym swojej matce i byłej narzeczonej. Jest też Frank, mąż ciotki Stephena, właściciel Appleton Farms, którego żona niedawno odeszła z tego świata. Jest młoda Rachel, jest też ojciec Jeremy. Nie będę oczywiście wypisywać tu wszystkich ukazanych w grze postaci – dość powiedzieć, że są one bardzo różnorodne.

Everybody’s Gone to the Rapture rzuca nas w krajobraz po swego rodzaju kataklizmie. Katherine jest ostatnią osobą nie tylko w wiosce – być może nawet na świecie. To, co dokładnie zaszło, gracz bada krok po kroku podczas swego spaceru po miasteczku Yaughton. A jest to spacer poetycki, wolny i nadwyraz malowniczy. Chinese Room naprawdę postarało się o zapierające dech w piersiach widoki i efekty pogodowe. Chociaż dlatego warto jest już sięgnąć po ów tytuł. Całej rozgrywce towarzyszą tajemnicze, może nawet po części mistyczne, rozbłyski świateł – jedno z nich podróżuje nawet za nami, dając nam subtelne wskazówki na temat tego, gdzie dalej powinniśmy podążać. Ze światła zbudowane są również sylwetki postaci, pojawiające się w miejscach, w których zdarzyło się coś wartego naszej uwagi.

Sceny, których jesteśmy świadkami, ukazują nam wycinek z życia mieszkańców Yaughton. Wszyscy z nich mieli pewne zmartwienia, codzienne problemy i każdy z nich uwikłany był w często egoistyczne lub skomplikowane emocjonalnie sprawy. Obserwujemy dialogi pomiędzy nimi i dowiadujemy się wiele z tego co mówią, i z tego, co zawarli pomiędzy słowami. Jako że udostępnione nam są też momenty, które miejsce miały chwilę przed kataklizmem, dialogi często są emocjonalne i kipi w nich napięcie. Niektóre są łagodne, pełne nadziei. Inne z kolei to próba oszukania innych lub samego siebie. Wszystkie natomiast opowiadają przede wszystkim o ludzkim przywiązaniu. I w tym kryje się siła tytułu.

Obserwujemy nastolatkę, dziewczynę z wielkim sercem, pełną niezrozumienia dla wydarzeń otaczającego ją świata, zakochaną, stawiającą pierwsze, niezdarne kroki w świecie dorosłych. Słuchamy dorosłego mężczyzny, który nie potrafi się pogodzić z tym, iż czasami los nie jest sprawiedliwy dla ludzi dobrych i pracowitych. Ukazuje nam się kobieta, która ma szansę powrócić do czegoś, co myślała, że dawno już porzuciła. A do tego sama została zraniona przez życie, które odebrało jej częściowo sprawność fizyczną. Mamy tu postaci rozdarte pomiędzy tym, czego by chciały, a tym, co powinny. Ludzi, którzy myśląc, że mają już swój przepis na życie, muszą skorygować go w świetle nowych okoliczności. Wszyscy z nich są przede wszystkim ludzcy – popełniają błędy, robią rzeczy, przez które mieć potem będą wyrzuty sumienia, ale które i tak uważają za słuszne.

Everybody’s Gone to the Rapture opowiada historię rozmaitych związków i tego, przez co muszą przechodzić. Mamy tu nastolenie zakochanie, równoważone nagłym obowiązkiem opieki i troski. Jest też zafascynowanie czyjąś osobą do takiego stopnia, iż nie zauważamy iż naszemu przywiązaniu brak już fundamentów. Mamy liczne pytania, które biorą się wraz z wiarą, wystawianie tej wiary na próby, potknięcia i chęć ich sprostowania. Są tu więc związki romantyczne, stosunek Bóg (wiara)/człowiek, chęć stworzenia szczęścia dla bliskich, nawet kosztem innych. Jest nawet trudny wybór rodzica, który nie wie czy powinien poświęcić rodzinę dla dobra społeczeństwa. W końcu jest również zamiłowanie człowieka do odkrywania i samorealizacji. Bo czy każdy z nas nie staje w obliczu problemu inwestycji w siebie, swój potencjał i odciśnięcie swego śladu na rzeczywistości , z której musi częściowo zrezygnować, by oddać fragment siebie innym?

Everybody’s Gone to the Rapture nie robi żadnej z tych rzeczy w sposób nachalny. Wszystkie wątki są subtelne i wymagana jest w nich pełna uwaga odbiorcy. Czyni to całe doświadczenia bardzo kameralnym, dającym do myślenia. Często też wzruszającym. Konkluzja gry nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi na stawiane przez nie pytania. Podczas rozgrywki przekonacie się z pewnością, że recept na siebie jest wiele, a każda z nich jest z innymi równoważna.

Everybody’s Gone to the Rapture to tytuł, który ma nas przede wszystkim pozostawić z kilkoma myślami i pytaniami do siebie. I to na pewno udaje mu się osiągnąć.

g.

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • bejton

    Pamiętam, że kupiłem to na promocji razem z Ethanem. Rapture zdecydowanie bardziej do mnie trafiło – dłuższe, chociaż bez zagadek, z ładniejszymi widoczkami. Ale przede wszystkim fabuła i jej wielowątkowość mnie urzekły. To takie trochę Visual Novel XXI wieku – mało tu gry, dużo skomplikowanych i niejednoznacznych historii oraz piękne widoczki. Chociaż sposób nieliniowej prezentacji fabuły zmusił mnie do przeczytania wszystkiego jeszcze raz, po ukończeniu gry, w kolejności chronologicznej (dzięki, Kotaku!). Niemniej i tak warto dać jej szansę – pod warunkiem, że lubi się giereczki, które mają mało wspólnego z takimi pojęciami jak ‘wyzwanie’ i ‘trudna’. Bloodborne to nie jest.

  • Radzisz

    Jesteś pewna, że wcielamy się w Katherine?

    • Woroq

      Też nie wydaje mi się, że wcielamy się w Kate.
      Gra mi generalnie się nie podobała, nie czuję takich niezamykanych wątków. Odrzucala mnie też slamazarna mechanika. IMO najsłabszy, najbardziej napompowana gra która skończyłem w 2015r.

  • ciastka

    Dobry tekst jest dobry. Jim Sterling zgasił nieco mój entuzjazm wobec tego tytułu, ale dzięki Tobie chyba jednak zagram :> https://www.youtube.com/watch?v=VdHWGMkMorg&index=28&list=PLlRceUcRZcK0E1Id3NHchFaxikvCvAVQe

  • Kamil Dziwota
    • gugaguha

      ta gra generalnie powinna byc na PC, wiec to super info

  • Wylfryd

    2 linijka, 4 akapitu – literówka. Bezzasadne chyba miało być 😉

    • gugaguha

      dzieki:) typo, ze hej! poprawilam!