To mogłem być ja – czyli dużo znaków o “Na szybko spisane” Michała Śledzińskiego

Czekałem na to 10 lat.

Trochę się stresuję.

Jedziemy.

Dwie pierwsze strony „Na szybko spisane” to chyba najlepsze otwarcie książki, jakie kiedykolwiek czytałem. Cały komiks ustawia już pierwszy kadr. W jego centrum stoi stół. U dołu wyciągają się dziecięce rączki. W dymku leci myśl: „Z okresu barbarzyńskiego mojego dzieciństwa pamiętam pokój z dużym stołem…”. I już wiem, że oglądam świat z perspektywy dziecka i, że dziecko jest narratorem. Oto jestem w jego głowie, słyszę jego opowieść, postrzegam świat tak, jak on ją postrzega. A że postrzega skrajnie subiektywnie, dowiaduję się z ostatniego kadru na tej samej stronie. Na owym kadrze (pozbawionym ramek) siedzi pies. Lecz towarzyszący mu komentarz brzmi: „Psa nie pamiętam, ale mieliśmy”. Po dwóch kolejnych kadrach, przedstawiających wyobrażony żywot zwierzaka, narrator kończy myśl krótkim: „Nieważne”. Ma rację. To jego opowieść. Skoro nie pamięta psa, jest on nieważny. Na trzecim kadrze drugiej strony w końcu dowiaduję się, jak główny bohater wygląda. Ale narrator wychodzi z własnej głowy stopniowo. Najpierw widzę tył głowy i część twarzy odbitą w lustrze.

„To ja” mówi.

Jest w tym momencie samorozpoznania geniusz, który zawsze mnie zniewalał (i skłonił do zacytowania tego kadru w “30 kilo”). Dla mnie to najważniejsze, najbardziej doniosłe „to ja” w historii polskiego komiksu. Ten moment identyfikacji jest deklaracją. „To ja. Tak się widzę. Tak się zobaczyłem po raz pierwszy”. Nie jestem biologiem, ale czytałem, że test lustra jest testem świadomości. Tylko stworzenia samoświadome rozpoznają swoje odbicie, inne widzą w nim kolejnego przedstawiciela gatunku. A teraz zderzmy to samoświadome, identyfikujące „to ja” z kadrami kolejnymi. Przedstawiającymi bohatera siedzącego przed telewizorem, oglądającego kultowe programy lat 80.: „Domowe przedszkole”, „Domator”, „Rozkaz z matplanety”, „Majsterkowicza”, szumy i obrazy kontrolne. Nagle owe „to ja” głównego bohatera przestaje być jednostkowym rozpoznaniem. Staje się rozpoznaniem czytelnika urodzonego w latach 70. i 80., który również spędził dzieciństwo przed telewizorem, wgapiony w owe „kultowe” produkcje. „To ja” myśli czytelnik widząc bohatera „Na szybko spisane” oglądającego „Rozkaz z matplanety”, „to ja” myśli, widząc dzieciaka zapatrzonego w obraz kontrolny, przekonanego, że to po prostu kolejny program, który musi zrozumieć. Może też myśleć inaczej. Może pomyśleć: „To nie ja, ja oglądałem coś innego”. Ale w tym „to nie ja”, wciąż kryje się „to ja”. Oczywiście paradoksalne, wynikające z zaprzeczenia, ale z zaprzeczenia niezbędnego, z konieczności odniesienia się do „to ja”.

Świetny tekst na ten temat napisał kiedyś Maciej Reputakowski, nieodżałowany lewak polskiej krytyki komiksowej. Swoją recenzję „Na szybko spisane” rozpoczął od słów „Śledziu kłamie”, po których następowała wyliczanka różnic pomiędzy dzieciństwem Repka i bohatera „Na szybko spisane”. Na tym właśnie polega potęga pierwszych stron „Na szybko spisane”. Zmuszają do ustosunkowania się. „To ja” mówi główny bohater, a czytelnik, widząc tył głowy dziecka i kawałek twarzy odbijający się w lustrze, musi odpowiedzieć sobie na pytanie: „To także ja?”. I nawet jeżeli – jak Repek – dojdzie do wniosku, że to nie on, to Śledziu już skłonił go do przyjęcia perspektywy swojego bohatera. Do skonfrontowania własnych doświadczeń z jego. Zderzenia ich lub dopasowania. Obojętne, jaki będzie wynik tego zabiegu, jestem już w głowie chłopca z komiksu. Chłonę świat jego oczami. Wierzę mu, choć sam mi przed chwilą powiedział, że czasami zmyśla, pomija, konfabuluje.

Przecież: „Nieważne”.

Trudno jest mi pisać o „Na szybko spisane” bez sporej dawki śmiesznego patosu. Zatrzymam się więc w tej chwili i rozbroję bombę. Tak, pierwszy zeszyt „Na szybko spisane” przeorał mnie, jak czarnoziem. Śledziński trafił w najczulsze regiony mojej nostalgii. „To ja” krzyczałem w duchu, widząc grę w noża, oranżadę w proszku, wojny pomiędzy podwórkami. „To ja” krzyczałem znów, widząc smoka z „Niekończącej się opowieści” – puchatego potwora, do dziś rozpalającego mą wyobraźnię. „To naprawdę ja” powtarzałem, czytając o klockach LEGO, za którymi nawet dziś tęsknię niemal fizycznie, tak bardzo chciałbym rozrzucić je po podłodze i zbudować miasto.

Jest już jasne, że „Na szybko spisane” nie jest opowieścią autobiograficzną, Śledziu wyjaśniał to w wielu wywiadach. Widać to też w komiksie. Jednak sposób, w jaki przedstawia bohatera i opowiada o jego świecie buduje idealną iluzję. Podbija ją zresztą sposób rysowania. Te proste, czasami wręcz bohomazowe rysunki powstały z gestu. Jeżeli wierzyć Śledziowi jest to technika, z którą wrócił z Japonii, zafascynowany tamtejszym malarstwem i kaligrafią. Mateusz Skutnik powiedział mi ostatnio, że artysta nie kryje się w tej prostej kresce, którą każdy może narysować od linijki, ale w kresce krzywej, spieprzonej, pociągniętej z gestu, zaakceptowanej i pozostawionej. Jeżeli tak jest – a mnie osobiście ta myśl przekonuje – to Śledziu jest w każdej kresce „Na szybko spisane”. Prawdziwy, dojrzały Śledziu, a nie ten licealny dowcipniś, którego wszyscy mamy przed oczami, bo przecież „Secret Service” i „Produkt”. Prawie czterdziestoletni artysta, legenda współczesnego polskiego komiksu (śmiejcie się, ale tak jest). Facet wystarczająco pewny siebie, by nie bać się zostawić lini tam, gdzie go zaprowadziła, by niedokładnie wylać kolor. Ta pozorna niestaranność jest oczywiście częścią świadomej strategii twórczej. Nie zapominajmy, że mowa o komiksie, powstającym ponad 10 lat (!). Ale to ona buduje autobiograficzną wiarygodność. Chłonąc „Na szybko spisane” w pośpiechu, pędząc od kadru do kadru, widzimy rysunki robione „na kolanie”, od razu, by jak najlepiej oddać wspomnienie. Niestarannie pokolorowany szkicownik. Wiarygodny właśnie dlatego, że na szybko spisany.

Choć więc nie jest to komiks autentyczny – bo opisywane w nim wydarzenia się nie wydarzyły – to jest na wskroś wiarygodny – bo wierzymy, że miały miejsce. I ta wiara, zrodzona jeszcze w 2007 roku, ustawia odczytanie całego „Na szybko spisane”. Zaufanie, które ofiarowałem Śledziowi niemal od razu, z biegu, na pierwszych kadrach, sprawia, że odbieram ten komiks tak, a nie inaczej.

Niedosyt, który czuję po przeczytaniu (w końcu!) wszystkich trzech części nie jest zatem winą Michała Śledzińskiego. On wynika ze mnie. Nie wiem czy jakiekolwiek zakończenie zaspokoiłoby oczekiwania, które sam w sobie rozbudziłem. Wyjścia widzę dwa: albo Śledziu pisałby prawdę o swoim życiu, albo pisałby prawdę o moim. Śledziu jednak od początku pisał o życiu fikcyjnej postaci. Postaci, która owszem, dorastała w latach 80. i 90., i z którą łączą mnie z tego powodu wspólne doświadczenia, ale jednak nie będącej mną. To odkrywanie, że jednak „nie ja” jest przygnębiającym przeżyciem. Im doroślejszy staje się główny bohater, im dalej idziemy w lata 90. i 00., tym mniej punktów wspólnych, a więcej różnic.

Nie działałem na amigowej scenie demo. W liceum nie byłem odludkiem. Nie pamiętam dnia, w którym umarł Cobain. Podczas pierwszego razu nie śmierdziały mi stopy. Inaczej niż bohater „Na szybko spisane” byłem towarzyskim, rozpitym i roześmianym chłopaczkiem, nie mającym problemów z nawiązywaniem przyjaźni. Liceum było dla mnie okresem kształtującym. Najważniejszym w moim życiu. Do dziś idealizowanym. Właśnie dlatego, że nie przekradłem się przez nie, jak główny bohater. Ja się w liceum otworzyłem. Nie znaczy to jednak, że w „Na szybko spisane” odnajdą się wszyscy ci mniej śmiali. Różnic i tak będzie bez liku. To naturalny mechanizm. Tak działa ludzka pamięć – im starsi jesteśmy, tym więcej pamiętamy. Z dzieciństwa posiadamy tylko najsilniejsze wspomnienia. Gdyby je zsumować, pewnie okazałoby się, że z pierwszych 10 lat pamiętam łącznie może 3 miesiące. Jednak dorastanie robi swoje, mózg się rozwija, zaczyna zapisywać więcej i więcej. Jeżeli nawet przekradłeś się przez liceum tak, jak zrobił to bohater Śledzińskiego i tak dostrzeżesz mnóstwo różnic. Różnic, które nagle będą zbyt drażniące, bo wspomnienia są zbyt wyraźne. Jeżeli lektura komiksu to droga, każda z różnic pomiędzy biografią bohatera a czytelnika, to rozstaje. Za każdym razem, gdy czytelnik i bohater pójdą innymi ścieżkami, oddalają się od siebie. Niby normalne, to przecież fikcja, nie raz fascynowałeś się książkami, których bohaterowie nie mieli z tobą nic wspólnego. Ale Śledziu wpadł we własną pułapkę. Przecież obiecał, że „to ja”.

Nie.

Sam sobie to obiecałem.

W wydanym w końcu trzecim tomie dystans pomiędzy głównym bohaterem a czytelnikiem tylko się zwiększa. Bo to nie jest komiks o mnie. Ani o tobie. Ani nawet o Śledziu. Owszem, są tu łatwo rozpoznawalne elementy. Swego rodzaju latarnie morskie, do których prą czytelnicy, kiwając mądrze głowami i mrucząc „tak było”. Jest pierwsza praca. Jest Unia Europejska. Jest internetowa bańka. Jest kredyt zaciągnięty w najgorszej chwili i emigracja z ekonomicznego przymusu. Ale jest i coraz silniej obecna Warszawa, w której nigdy nie mieszkałem/łeś. Jest i wyprawa do Ameryki, na którą się nie wybrałem/łeś. Jest dziecko, którego nie miałem/łeś. Jest posada w korporacji, w której nie pracowałem/łeś. Jest w końcu dorosły, w pełni ukształtowany człowiek, który nie jest mną/tobą. Człowiek snujący swoją historię świadomie i z rozmysłem. Już nie ten bezrefleksyjny narrator, ciągnący po prostu linearną gawędę z punktu A do punktu B, ale opowiadacz komplikujący chronologię, czyniący retrospekcje, władający nad własną opowieścią. Komiks o tym człowieku czytam z zainteresowaniem, czasami z fascynacją. Jak jeden z niezrealizowanych scenariuszy mojego życia. Śledziu nie kłamie i nie wyolbrzymia. Tak mogły się potoczyć losy każdego, kto urodził się w odpowiednim czasie (przełom lat 70. i 80.) i w odpowiednim miejscu (ten przeklęty kraj nad Wisłą, pomiędzy Rosją a Niemcami). Podoba mi się, że mowa tu o życiowym rozczarowaniu i umarłej miłości. Lubię rutynę tego człowieczka. Jego oddanie dziecku. Pogodzenie z losem – nawet jeżeli wynika ono z bogactwa, do którego udało mu się dojść. Buntuję się przy tym wątku nieco, bo niepostrzeżenie „Na szybko spisane” stało się optymistycznym komiksem o polskim salf-made manie. Główny bohater należy do wygranych transformacji. Wychodząc z rodziny bez matki, z domu prowadzonego przez alkoholika, z małomiasteczkowego liceum, dociera na strzeżone osiedla i międzynarodowe, korporacyjne szkolenia. Przy czym niemal wszystko zawdzięcza własnej pracy – ojciec, choć harował, raczej mu życia nie ułatwiał, liceum wspomina, jako okres samotności i traumy, na studiach trafił do piekła (akademika). Ale uczył się, nie odpuszczał, odniósł sukces. Jak w amerykańskim filmie. Moje doświadczenie Polski jest inne. Smutniejsze. Bardziej pesymistyczne. Ale znów – to moje doświadczenie Polski, ten człowieczek doświadczył jej zupełnie inaczej. Chwała mu za to.

Teraz idzie patos.

„Na szybko spisane” to jeden z najważniejszych komiksów w historii polskiego komiksu. Drugi najważniejszy komiks Śledzińskiego. Nie wiem nawet, czy nie pierwszy, bo przecież powszechne w naszym pokoleniu uwielbienie dla „Osiedla Swoboda” wynika z fałszywego przeświadczenia, iż udało się w nim Śledziowi uchwycić pewną uniwersalność – gdy w drugiej serii z niej zrezygnował na rzecz sensacyjnej fabuły, popadła ona w zapomnienie (niesłusznie, to doskonały komiks). Czytając „Osiedle Swoboda” możemy mowić „to ja”, „tak było”, czytając „Na szybko spisane” – jako kompletne, ukończone dzieło – musimy mówić „to raczej nie ja, na pewno nie w całości, może po części, na tej stronie tak, ale tam już nie”. Albo krócej:

„tak mogło być”.

Ale to wciąż najpełniejsza i najtrafniejsza biografia mojego pokolenia – wliczając w to książki, filmy, muzykę. Obojętne, jak banalnie to zdanie brzmi. Śledziu stworzył przekonującego człowieka i poprowadził jego życie w wiarygodnym kierunku. Przekonująco zniuansował go psychologicznie. Zderzył z najważniejszymi wydarzeniami historii i popkultury Polski ostatnich 30 lat i pokazał, jak one na niego wpłynęły. Ten człowiek nie jest Śledziem. Nie jest też tobą. I na pewno nie jest mną. Ostatecznie dotarło to do mnie na stronie 151, gdy dzieciak głównego bohatera staje przed lustrem i mówi: „to ja”. A ja nie pomyślałem za nim: „to ja”, ani przeciwko niemu: „to nie ja”. Ja pomyślałem:

„to on”.

Przypisy:

Tekst Repka: http://polter.pl/komiks/Na-szybko-spisane-1-1980-1990-c10968

Wywiad z Mateuszem: http://www.dwutygodnik.com/artykul/7347-wrocic-do-bezczelnosci.html

Wywiad ze Śledziem, w którym mówi o Japonii i tym, że NSS nie jest autobiograficzne znajduje się w “Szkicowniku”, o tym: https://www.komiks.gildia.pl/komiksy/szkicownik/2

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • Denzelon

    Świetny tekst. Chociaż Śledzia nie znam jako autora, zdecydowanie zachęciłeś mnie do zainteresowania się tematem