Tomasz czyta: “Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego

„Czterdzieści i cztery” to jedna z tych rzadkich książek, które zaczynają się przeciętnie (żeby nie powiedzieć: słabo), ale że liczą sobie wiele stron (tutaj: ponad 500) to mają czas się rozpędzić i z czasem zmieniają się w naprawdę dobre.

Zaczynałem ją czytać z polecenia zachwyconego Karola Konwerskiego i szczerze mówiąc początkowo nie wiedziałem w ogóle czy skończę. Bo pierwszych kilkadziesiąt stron jest boleśnie nijakich. Ot, awanturnicza historyjka o Elizie Żmijewskiej: dzielnej, nie tak już młodej, polskiej spiskowczyni, której Juliusz Słowacki zleca misję zamordowania zdrajcy imieniem Konrad, przez którego upadło powstanie w 1830 roku.

Tak, 1830, a nie 1831, bo „Czterdzieści i cztery” rozgrywa się w alternatywnej wersji naszej historii, w której na początku XIX wieku odkryto energię etheru, umożliwiającą nie tylko bardziej udane mordowanie ludzi, ale i podróże pomiędzy równoległymi Ziemiami. Tak jak jednak pisałem – zaczyna się mocno nijako. Pomysły na Ziemię 1, Ziemię 2 i Ziemię 12 są bardzo wtórne: ludzie-owady, to naprawdę nie jest szczyt pomysłowości, a w Londynie 2 najciekawszy jest obraz dzikiego kapitalizmu, wprost z Dzikiego Zachodu (czyli: meh). Me początkowe zniechęcenie było tym większe, że warsztat Piskorskiego pozostawia sporo do życzenia. To nie jest pisarz na miarę China Miéville’a czy Williama Gibsona, jego New Weird jest więc pisane płasko, bez żadnych fajerwerków, fajnych metafor i hipnotyzującego rytmu. Jak typowe, niewstydzące się swoich korzeni czytadło. Innym może to nie przeszkadzać, ale dla mnie to jednak rozczarowanko, bo zwłaszcza w książce traktującej o polskich romantykach i tej szalonej epoce, w której wszystko wydawało się możliwe, spodziewałem się gęstego języka i stylistycznych wodotrysków, a nie typowej popkulturowej przezroczystości i opisów wprost wyjętych z podręcznika kreatywnego pisania.

„Czterdzieści i cztery” się jednak rozkręca i to rozkręca w naprawdę spektakularny sposób. Prosta i nudna historyjka o skrytobójstwie szybko zmierza w kierunku XIX-wiecznych, europejskich rewolucji, rozważań na temat mesjanizmu i tego szalonego, polskiego romantyzmu, który kazał nam się wykrwawiać w kolejnych powstaniach. Im dalej w powieść tym dziwniejsze staje się też New Weird. Nagle alternatywne Ziemie stają się codziennością, a bohaterowie zaczynają podróżować statkami podniebnymi, rozmawiać o utrzymywanym sztucznie przy życiu Napoleonie czy rozważać konsekwencje istnienia wieloświata i jednotrwaniu. Co ważniejsze jednak, Piskorskiemu udaje się osiągnąć to co Miéville’owi w „Żelaznej Radzie” – połączyć dziwaczną fikcję z bardzo przekonującą wizją świata. I konsekwentne je ze sobą spleść, robiąc z fantastycznych rekwizytów nie tylko fajerwerki, ale i ważne czynniki, wpływające na rozwój cywilizacyjno-polityczny świata.

Odkrycie etheru nie służy Piskorskiemu tylko jako wymówka, dzięki której bohaterowie mogą do siebie strzelać z fikuśnych pukawek, ale w przekonujący sposób odmienia historię świata. I tak w trakcie lektury „Czterdzieści i cztery” możemy pozastanawiać się, jak potoczyłyby się losy, gdyby Napoleon nie poniósł ostatecznej porażki, pradawne polskie wierzenia były inaoć w części prawdziwe, a Księstwo Warszawskie przetrwało dłużej niż te smutne osiem lat. Tym bardziej, że Piskorski ma nosa do postaci i obok zupełnie fikcyjnych, wyłuskuje z naszej historii tak fascynujące persony, jak Lord Byron, generał Dembiński czy Emilia Plater (co zaskakujące, najnudniej wypadają Słowacki i Mickiewicz).

Z czasem rozwija się też romans „Czterdzieści i cztery” z Romantyzmem (huhu). To sugeruje oczywiście już tytuł, ale gdy w finale okazuje się, o co w tym wszystkim chodzi, a kolejne postacie odkrywają swoje motywacje, można się poczuć, jak na naprawdę interesującym wykładzie z filozofii romantyków, podczas którego całkiem serio padają takie słowa jak „mesjanizm”, „historiozofia” czy „Wielka Polska”. Co ciekawe, Piskorski zdaje się zadawać to samo pytanie, co Orliński w „Polska nie istnieje”. Mianowicie: ile warta jest (dla nas, Polaków) niepodległość Polski i na jak wielkie cierpienia bylibyśmy gotowi skazać nas i innych, byleby tę niepodległość posiadać? Udziela też na nie bardzo sensownej, humanitarnej odpowiedzi.

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • Denzelon

    Świetnie napisana recenzja, dziękuję. Gdybym nie przeczytał “Czterdzieści i cztery” przed tą recenzją z pewnością bym sięgnął po to dzieło. A tak cieszę się Tomku, że sięgnąłeś do czegoś z mojej biblioteczki i zgadzasz się z moją oceną. Mnie lekko irytowała idea wieloświatów. Może to moje widzi mi się, ale brakowało w tym pomyśle zgłębienia, a sam pomysł światów równoległych jest dla mnie nierzeczywisty i rozbijał historyczne tło, które kontrastowało z nim bardzo dobrym wypełnieniem. Podobnie mam, jeśli chodzi o zakończenie całej intrygi. Powstrzymam się od spoilerów, ale mnie nie przekonał mesjamizm w tej postaci. Jednak jak dla mnie postać Byrona jest skrojona idealnie, a Dziady powodują ciarki. No i z tyłu głowy mam też zakazany odcinek NZ, który musiał się znaleźć w tym komentarzu. Moim zdaniem Piskorski najlepsze co miał pokazał w “Cieniorycie”, ale pozycja, którą zaprezentował ostatnio także należy do całkiem dobrej półki, patrząc na obecny stan polskiej fantastyki.

    • Tomasz Pstrągowski

      “Cienioryt” mam. Pewnie kiedyś spróbuję. Acz raczej nieprędko. Teraz “Jula” czytam. Później chciałbym wrócić do Rotha (bo 2017 to dla mnie Rok Rotha).

      • Fredosław

        Nie spiesz się zanadto. Duży zawód. “Cienioryt” to dla mnie początek twojego opisu “Czterdzieści i cztery”. Rzecz słaba warsztatowo, bez większych właściwości, czytadło typu “z braku laku…”. W skrócie – szkoda czasu.

  • Konan064

    Siema, cześć, czy ta książka jest na podobnym poziomie co pierwszy tom zadry?

    • Tomasz Pstrągowski

      Nie wiem. NIe czytałem pierwszego tomu “Zadry”.

      • Konan064

        Ok, dzięki za odp. Pierwszy tom jest spoko, można przeczytać. Choć jak patrzę żenujący poziom drugiego tomu, to ten pierwszy pewnie pisał ktoś inny xD