Tomasz czyta: “Odwiedziny”

„Odwiedziny” Pawłów Rzodkiewicza i Garwola to – na najprostszym poziomie – opowieść o trzech byłych skazańcach, którzy wsiadają do PKP i jadą by odwiedzić swojego garującego zioma. Szybko dosiada się do nich wredna baba, która wszystko komplikuje. A że w pociągu jedzie jeszcze inna ekipa i dzieją się inne rzeczy, wszystko kończy się źle. Żeby nie powiedzieć – tragicznie.

Jest w odwiedzinach kilka rzeczy, które mi naprawdę imponują.

Po pierwsze: jak każda opowieść o ludziach zamkniętych na małej przestrzeni i tę można traktować jako swego rodzaju przekrój przez społeczeństwo (polskie oczywiście). Mamy więc byłych skazańców, co chcą wyjść na prostą; mamy ładną dziewczynę, dla której prosta jazda pociągiem to niebezpieczna przygoda; mamy podejrzanego pana dyrektora i równie podejrzanego urzędasa; mamy całą ekipę prawdziwych cwaniaków, którzy w ogóle nie chcą wyjść na prostą; mamy poczciwą ekipę gimnastyczną z prowincji; prowincjonalnego króla uzdrowiska; tchórzliwego hipstera; panią jakby wprost sprzed radioodbiornika nastawionego na Radio Maryja etc. Powstaje z tego przekonujący obraz. Nie rażący stereotypami, aczkolwiek mocno skrótowy i umowny. Garwolowi i Rzodkiewiczowi udaje się jednak pomiędzy te figury wcisnąć kilku pełnokrwistych bohaterów – nie wiemy o nich może zbyt dużo, a ich charaktery zredukowane są do jednej-dwóch cech, ale to wystarcza by się z nimi związać.

Po drugie: bardzo interesująco wyglądają tutaj nawiązania do antycznej tragedii (być może niezamierzone, ale wydaje mi się, że jednak celowe). Na podstawowym poziomie mamy jedność czasu, miejsca i akcji. Temat jest odpowiedni do formy, a historia, skupiona w jednym wagonie, wydaje się bardzo „teatralna”. Na poziomie nieco wyższym widzimy grecki chór w wykonaniu robactwa – zdecydowanie lepiej poinformowanego niż reszta postaci, zabierającego głos, gdy trzeba coś wyjaśnić, spodziewającego się najgorszego, wieszczącego klęskę. I na najwyższym poziomie – moim zdaniem najważniejszym tematem „Odwiedzin” jest niemożność ucieczki od własnego losu. Fatum. Trójka głównych bohaterów bardzo stara się wyjść na prostą, ale sprzysięgają się przeciwko nim wszystkie okoliczności. W finale, kiedy w końcu dochodzi do tragedii, czytelnik wie, że tak się po prostu musiało skończyć, bo przed tragizmem w antycznym dramacie nie można było uciec (i nie wynikał on wcale z działań bohaterów, ba, zazwyczaj wynikał na przekór tym działaniom – Edyp robił wszystko by odmienić swój los, a jednak każdy jego czyn zbliżał go do tragicznego finału). Fatum.

Po trzecie: z tym tragicznym fatum wiąże się też temat antropomorfizacji postaci. To zabieg dosyć zgrany w komiksie i o ile nie jest wykorzystany w pomysłowy sposób („Trzy palce”, „Maus”) to może się wydawać zwykłym pójściem na łatwiznę. Garwol i Rzodkiewicz znajdują jednak własną ścieżkę. W ich komiksie wielu bohaterów dopiero wchodzi w swoje role – z początku są ludźmi, by w odpowiedniej chwili przemienić się w zwierzęta. Dzięki temu odbiorca widzi dokładnie moment, w którym dana postać poddaje się swojej formie (trochę to gombrowiczowskie) i godzi (lub nie) z tym, że zawsze będzie postrzegana stereotypowo. To dlatego chłopakom nie uda się wyrwać ze swojego losu. I dlatego bardzo tkliwie wychodzi moment, w którym jedna z bohaterek na moment wychodzi ze swojego furrysowego wcielenia i okazuje się zwykłą, wrażliwą dziewczyną – tylko dzięki temu, że jej odbicie w szybie staje się normalne, ludzkie.

Po czwarte: Garwol i Rzodkiewicz z iście imponującą precyzją panują nad opowieścią. Zawsze jestem pod wrażeniem intensywnych, pełnych zwrotów akcji i bohaterów opowieści, rozgrywających się na małej, zamkniętej przestrzeni („Wściekłe psy” – cytowane zresztą w „Odwiedzinach”; ostatnio „Długi marsz w połowie meczu”). To wymaga nie lada rzemiosła. Twórcy „Odwiedzin” wiedzą dokładnie, gdzie są wszyscy bohaterowie, w którym momencie ich drogi mają się przeciąć i co ma z tego wyniknąć. Podobnie jak we „Wściekłych psach” i tutaj zamknięcie w jednej ciasnej przestrzeni podbija presję i wprowadza klaustrofobiczną atmosferę. Być może ta historia skończyłaby się inaczej, gdyby jeden z drugim po prostu wysiedli z pociągu i ochłonęli. Ale nie ma dokąd uciec, nie da się złapać oddechu, emocje więc narastają i wybuchają.

Po piąte: już wcześniejsze komiksy Garwola były bardzo oszczędne w warstwie językowej. W zasadzie były to komiksy nieme. „Odwiedziny” w żadnym razie nieme nie są, ale zdarzają się długie, nieme sceny. Mi zawsze imponują dobrze zrealizowane nieme sceny, bo to jest zastosowana w działaniu zasada „show, don’t tell”. Dzięki takiej realizacji czytelnik musi się zaangażować w lekturę. Dodać jeden kadr do drugiego i skleić je w jakąś narracyjną całość. Pomyśleć o tym, co i dlaczego dzieje się pomiędzy kadrami (a zdaniem Scotta McClouda to, co się dzieje pomiędzy kadrami to jest kwintesencja komiksowości). I tak też jest z „Odwiedzinami” – szczerze mówiąc chyba dopiero po drugiej lekturze wyłapałem wszystkie smaczki i tropy. Właśnie dlatego, że musiałem czytać uważnie, dać sobie czas.

Jest jednak jedna rzecz, która mi się w „Odwiedzinach” nie spodobała. To oniryczne i absurdalne opowieści snute przez niektórych bohaterów (zwłaszcza pana Henryka, króla uzdrowiska). Podbijają one wprawdzie klimat polskiego (a może szerzej: wschodniego) paździerzu, ale jednocześnie wybijają z klimatu, burzą tę teatralną zasadę jedności czasu, miejsca i akcji. Tutaj się dzieje antyczna tragedia, pętla się zaciska, emocje narastają, a z boku nagle wchodzi w to anegdotyczna opowiastka, z której niewiele wynika. Przynajmniej dla mnie. Zwłaszcza, że ani pan Henryk, król uzdrowiska, ani koleś z wózkiem z napojami nie są najważniejszymi i najciekawszymi postaciami. Ich narracje więc wydają mi się pomijalne.

Garwol jako rysownik odwalił kawał dobrej roboty. Imponuje mi zwłaszcza nieco chaotyczne, ale zawsze czytelne kadrowanie i konsekwentne trzymanie się przygaszonej palety kolorowej. Czasami trafiają mu się drobne wpadki – a to jakieś niezręczne ujęcie „kamery”, a to dziwna anatomia postaci. Nie są to rzeczy psujące frajdę z lektury, odnotowuję jedynie z recenzenckiej uczciwości.

Diclaimer: komiks wydało Wydawnictwo Komiksowe, które wydało także mój komiks; na Komiksowej Warszawie prowadziłem spotkanie z autorami „Odwiedzin”.

Podoba Ci się? Podziel się z innymi.
  • szczdsz

    @tomaszpstrgowski Jak, a może czy, wydanie własnego komiksu wpłynęło na podejście do recenzowania pracy innych? Podejmowałeś się próby zrecenzowania własnego komiksu?